Jego oczy zrobiły się większe.
Biszkopt usłyszał mój głos, ale jeszcze siedział. A kiedy Mikołaj wyszeptał:
— Biszkopt?
Wszystko w nim pękło.
Pies wydał dźwięk, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałem. To nie było szczeknięcie. Nie skomlenie. Jakby coś w środku wyszło z niego razem z tą radością.
Pociągnął do łóżka, ale nie szarpnął. Ja już widziałem w głowie najgorsze: zahaczy rurkę, przestraszy pielęgniarkę, wyprowadzą nas, a Mikołaj straci go drugi raz, tym razem na własnych oczach.
A Biszkopt zatrzymał się przy łóżku.
Położył przednie łapy na brzegu. Popatrzył na Mikołaja. Potem na rurki. Na stojak z kroplówką. Na moją rękę.
— Cicho — powiedziałem.
Głos mi się załamał.
Pies wszedł na łóżko tak wolno, jakby był stary. Jedną łapę postawił między fałdami kołdry. Drugą bliżej brzegu. Nie dotknął żadnej rurki.
Pielęgniarka przy drzwiach zasłoniła usta dłonią.
Mikołaj nie płakał. Tylko patrzył.
Biszkopt obrócił się tak jak w domu. Przesunął się ostrożnie, znalazł miejsce i położył się wzdłuż pleców mojego syna.
Ten sam ciepły ciężar.
Ten sam wielki bok przy chudych dziecięcych plecach.
Mikołaj powoli podciągnął nogę i wsunął stopę pod psi pysk.
Wtedy coś mi w środku puściło. Ale tak boleśnie, że musiałem usiąść.
Mikołaj zamknął oczy.
Ania spojrzała na zegarek.
Minęły 2 minuty.
Potem 3.
Po 5 minutach mój syn spał.
Nie drzemał. Nie zapadał się i nie zrywał. Spał tak, jak śpią dzieci w domu, kiedy nie muszą cały czas czekać, że zaraz znowu coś zaboli.
Biszkopt leżał nieruchomo.
Tylko oddychał. Powoli, ciężko, równo.
I Mikołaj zaczął oddychać z nim w tym samym rytmie.
W sali stało kilka dorosłych osób. Ja, Ania, jeszcze jedna pielęgniarka, lekarka i pani z obsługi, która na początku bała się Biszkopta. Nikt nic nie mówił.
Zgoda była na 30 minut.
Biszkopt przeleżał 3 godziny.
Lekarka sama powiedziała:
— Nie ruszać. Dopóki śpi, nie ruszać.
Po tym pierwszym śnie Mikołaj nie obudził się wesoły. Nie będę upiększał. Był chory, słaby, rozdrażniony.
Ale pierwszy raz od 2 tygodni nie patrzył na świat tak, jakby ten świat bez przerwy go męczył.
— On jeszcze przyjdzie? — zapytał.
Spojrzałem na Anię.
Nie skłamała.
— Spróbujemy.
To „spróbujemy” było uczciwsze niż każde „tak”.
Następnego dnia usłyszeliśmy, że to był wyjątek. Jeden raz. Bo ryzyko. Bo inne dzieci. Bo zasady nie pisze się pod jedną rodzinę.
Kiwnąłem głową.
Wszystko rozumiałem.
A potem wyszedłem na korytarz i rozpłakałem się przy automacie z wodą. Tam, gdzie wszyscy udają, że nie widzą cudzego nieszczęścia.
Ania znalazła mnie właśnie tam.
— Proszę się nie poddawać.
— Nie wiem jak.
— Pisać podania.
— Do kogo?
— Do wszystkich.
I pisałem.
Do dyrekcji. Do ordynatora oddziału. Do fundacji przy szpitalu. Nie ładnie, tylko tak, jak umiałem.
Że moje dziecko nie spało 14 nocy.
Że po wizycie psa spało 3 godziny.
Że jestem gotów przywozić Biszkopta po kąpieli, z zaświadczeniami, na krótko, choćby o 6:00 rano.
Wstydziłem się prosić.
Całe życie pracowałem rękami. Wentylacja, klimatyzacja, drobne montaże. Byłem przyzwyczajony: przyjechać, zrobić, pojechać dalej. A tutaj musiałem stać pod gabinetem i mówić obcym ludziom:
— Proszę. Mojemu synowi potrzebny jest pies.
Ktoś patrzył ze współczuciem.
Ktoś jak na dziwaka.