Potarła palcami nasadę nosa.
— Nie wolno — powiedziała. — Ale zapytam.
Rano jej odmówili.
Potem drugi raz.
Mówili o zasadach, alergiach, zakażeniach, odpowiedzialności. Ja to wszystko rozumiałem. Tam leżały dzieci. Nie tylko moje.
Ale tego wieczoru Mikołaj znowu nie spał. Leżał na boku, skulony, jakby próbował sam sobie zrobić ten ciężar za plecami.
Ania przyszła po dyżurze. Już bez fartucha. Z teczką w ręku.
— Panie Tomaszu, jeśli dostaniemy choćby jedną szansę, podpisze pan wszystko. Pies musi być czysty, z zaświadczeniem od weterynarza, na krótkiej smyczy. I jeśli choć raz szarpnie, koniec.
— Podpiszę.
— Ja jeszcze nic nie obiecuję.
Powtórzyła to 3 razy.
Trzeciego dnia weszła do sali i powiedziała:
— Proszę jechać do domu. Przywieźć Biszkopta.
Stałem z kluczykami w ręce i nie mogłem się ruszyć.
— Teraz?
— Teraz. Zgoda jest na 30 minut. Osobne wejście. I proszę nic nie mówić Mikołajowi. Gdyby coś się nie udało.
Pojechałem do domu, wykąpałem Biszkopta tak, że patrzył na mnie jak na zdrajcę, wziąłem zaświadczenie od weterynarza, starą niebieską smycz i jego koc.
Całą drogę pies siedział na siedzeniu pasażera i patrzył przed siebie. Jakby wiedział.
A kiedy prowadziłem go szpitalnym korytarzem pod drzwi sali, trzymałem smycz obiema rękami i modliłem się, żeby Biszkopt nie szarpnął, bo jeden zły ruch wystarczyłby, żeby wyrzucono nas na zawsze…
DZIĘKUJĘ, ŻE DOTRWALIŚCIE DO TEGO MIEJSCA
CIĄG DALSZY
BLOCK 2
Ania zatrzymała mnie ręką przy drzwiach.
— Proszę poczekać.
Biszkopt siedział obok, czysty, jeszcze trochę mokry przy uszach, w nowej obroży, którą kupiłem po drodze na stacji. Stara była już wytarta i nagle zrobiło mi się głupio prowadzić go w takim stanie do szpitala. Może to była bzdura. Ale w takich chwilach człowiek czepia się wszystkiego.
Obok przeszła kobieta z szlafrokiem w ręku. Zobaczyła psa i odsunęła się pod ścianę.
— To tutaj? — zapytała.
Chciałem powiedzieć: on jest łagodny.
Ale przemilczałem.
Bo wszyscy tak mówią o swoich psach. A nie zawsze to prawda.
Ania pochyliła się do Biszkopta.
— Słuchaj, kolego. Cicho. Bardzo cicho.
Pies spojrzał na nią tak poważnie, jakby wszystko rozumiał.
W sali Mikołaj leżał na boku, twarzą do ściany. Nie spał. Już umiałem to poznać po ramionach. Kiedy dziecko śpi, ramiona robią się miękkie. A jego były napięte.
Ania weszła pierwsza.
— Mikołaj, masz gościa.
Nawet się nie odwrócił.
— Nie chcę.
To proste „nie chcę” zabolało mnie bardziej, niż się spodziewałem. Przez te tygodnie on już przestał czekać na coś dobrego. Bo dobre albo nie przychodziło, albo trwało 5 minut i kończyło się zastrzykiem, gorączką albo kolejnym badaniem.
Ania spojrzała na mnie i kiwnęła głową.
Wszedłem do sali.
— Synku.
Mikołaj odwrócił głowę.
Najpierw zobaczył mnie.
Potem smycz w mojej ręce.