„W takim razie zgłosimy ją jutro. Bo mój wujek nie ma wnuczek”.
Don Arturo nie odpowiedział. Ujął dłoń Lucii z nieoczekiwaną siłą, jakby to pięciominutowe kłamstwo było jedyną prawdą, jaka mu pozostała.
A kiedy Beatriz nachyliła się do niego i wyszeptała coś, co wszyscy mogli usłyszeć, cały poranek stał się nie do zniesienia:
„Jeśli nie podpiszesz, udowodnię, że nie masz już rozumu… i ani twój dom, ani pieniądze nigdy cię nie posłuchają”.
Część 2
Don Arturo milczał przez prawie trzy przecznice. Szła z notesem przyciśniętym do piersi, unikając kałuż, spojrzeń, a nawet własnego oddechu. Lucía podeszła do niej
Stała obok niego, udając, że nie zauważa drżącej ręki staruszka.
Kiedy dotarli do małej kawiarni, wciśniętej między sklep papierniczy a piekarnię, zatrzymał się.
„Jestem ci winien café de olla”.
„Nic mi nie jesteś winien”.
„Więc chodź ze mną, z litości”.
Lucia spojrzała na niego. Don Arturo próbował się uśmiechnąć, ale w kącikach jego oczu czaił się smutek.
„Tylko słodką bułeczkę” – powiedziała.
W środku pachniało cynamonem i świeżo grzankami. Don Arturo zamówił café de olla. Lucía zamówiła herbatę brzoskwiniową i muszlę. Przez kilka minut rozmawiali o drobiazgach: książkach, które Lucía układała w księgarni, studentach, których Don Arturo uczył przez 42 lata jako nauczyciel historii, różach, które posadziła jego żona Elena, zanim zmarła.
Potem wyciągnął stary telefon komórkowy.
„Mam jeszcze jeden problem”.
Lucia się uśmiechnęła.
„Poczekaj.”
„Miałam zadzwonić do wnuka i chyba niechcący wysłałam tańczącą małpkę na grupowy czat rodzinny”.
Lucia spojrzała na ekran. I rzeczywiście, na ogromnej naklejce z małpą w kapeluszu widniał napis „DZIEŃ DOBRY, MISTRZOWIE”.
Wybuchnęła śmiechem, który sprawił, że role się odwróciły.
„Don Arturo, właśnie wypowiedziałeś cyfrową wojnę”.
„Mam 81 lat i nie mam już ochoty walczyć z małpami”.
Zadzwonił telefon komórkowy. Na ekranie pojawiło się „Mateo”.
Don Arturo zdenerwował się, nacisnął niewłaściwy przycisk i się rozłączył.
„Włączyła się poczta głosowa”.
„To źle?”
„To zależy. Chcesz, żebym myślał, że zostałeś porwany?”
Pięć minut później do kawiarni wszedł 31-letni mężczyzna z podwiniętymi rękawami koszuli, napiętą twarzą i kluczykami do samochodu wciąż w dłoni. Jego wzrok odnalazł Don Arturo. Potem Lucię.
„Dziadku”.
Don Arturo nonszalancko uniósł rękę.
„Jesteś w samą porę. To Lucía, moja wnuczka”.
Mateo Maldonado zamarł.
„Mój dziadek nie ma wnuczek”.
Lucia o mało nie zakrztusiła się herbatą.
„To długa historia”.
Mateo odprowadził ją kilka kroków dalej, w pobliże wejścia.
„Kim jesteś?”
„Tą osobą, która udawała jego wnuczkę, żeby nie być sam w banku”.
Mateo zamknął oczy, słysząc o Beatriz, Raúlu, pełnomocnictwie i groźbie. Wstyd był silniejszy niż gniew.
„Przepraszam. Myślałam najgorsze”.
„Twoja ciotka też”.
Mateo spojrzał przez szybę. Don Arturo rozłupywał muszlę z poważnym skupieniem.
„Mój dziadek mi nie powiedział, że na niego naciskają”.
„Może dlatego, że ciągle jesteś na spotkaniach”.
To zdanie trafiło w sedno. Mateo się nie bronił.
Tego popołudnia odwiózł ich oboje do domu. Don Arturo siedział z tyłu, udając ból kolana, żeby zmusić Lucíę, by usiadła obok Mateo.
„Dziadku, bolało cię dziś rano ramię”.
„Ból podróżuje”.
Luía zakryła usta, żeby stłumić śmiech.
W ciągu następnych tygodni Don Arturo znajdował absurdalne powody, żeby dzwonić do Lucíi. Musiał wybrać pomidory na targu. Musiał nauczyć się korzystać z wideorozmów. Musiał wiedzieć, czy powieść kryminalna jest dobra, bo „morderca wydawał się zbyt uprzejmy”. Lucía chodziła. Mateo też zaczął się pojawiać.
Ale w każdy czwartek Don Arturo znikał z książeczką oszczędnościową.
Pewnego ranka Lucía nieświadomie poszła za nim. Widziała, jak wszedł do banku, usiadł w poczekalni i rozmawiał z tą samą młodą kasjerką. Nie wypłacał pieniędzy. Niczego nie podpisywał. Nie prosił o pieniądze. Mówił tylko przez 10 minut, uśmiechnął się i wyszedł.
„Dlaczego on przychodzi w każdy czwartek?” zapytała Lucía na zewnątrz.
Don Arturo spojrzał na notes.
„Bo tu pamiętają moje nazwisko”.
Lucía poczuła gulę w gardle.
„Tylko dlatego?”
„Po śmierci Eleny w domu zapadła cisza. Mateo dzwonił, tak. Przychodził, kiedy mógł. Ale tutaj… tutaj, jeśli opuszczę czwartek, ktoś pyta”.
Następnego dnia Don Arturo poprosił ją, żeby zachowała notes, podczas gdy on pójdzie do lekarza. Tej nocy Lucía otworzyła kopertę, żeby sprawdzić, czy nie jest uszkodzona. Spomiędzy stron wypadła pożółkła koperta.
Nie było na niej adresu.
Tylko zdanie napisane drżącym pismem:
„Dla Mateo, na wypadek, gdybym znów zamilkła na dłużej”.
Lucía nie chciała już czytać. Ale zanim ją złożyła, dostrzegła podkreślony fragment:
„Wybacz, że nauczyłam cię spóźniać się do ludzi, których kochasz”.
W tym momencie zawibrował jej telefon komórkowy. To była wiadomość od Beatriz.
„Trzymaj się z daleka od mojego wujka. Jutro idziemy do banku z lekarzem. Jeśli będziesz się tak wygłupiać, skończysz z nim”.