Darek z Agnieszką stali w drzwiach i patrzyli na córkę, a potem na mnie, i widziałam, że Agnieszka walczy z czymś w środku. Nie ze łzami – z poczuciem, że bierze za dużo. Że pianino za darmo to jakoś za łatwo, że powinna coś dać w zamian.
– Pani Lucyno – zaczęła – my naprawdę…
– Proszę je zabrać – powiedziałam szybko, żeby nie musiała kończyć tego zdania. – Ono potrzebuje kogoś, kto będzie grał. Ja już swoje zagrałam.
Darek z kolegą, którego przywiózł na wszelki wypadek, znosili pianino po schodach czterdzieści minut. Stałam na balkonie i słuchałam, jak grzechocze na każdym stopniu, jak Darek mówi – uważaj, uważaj, na lewo – i myślałam o tym, jak trzydzieści osiem lat temu Staszek z bratem wnosili je tymi samymi schodami, i jak wtedy też mówiłam – uważajcie, na lewo, na lewo. Koło się zamykało.
Kiedy bus odjechał, weszłam do salonu. W rogu została prostokątna plama na panelach – jaśniejsza niż reszta podłogi. Trzydzieści osiem lat w jednym miejscu zostawia ślad. Usiadłam na kanapie i patrzyłam na tę plamę, i nie płakałam, bo to nie był smutek. To było coś innego. Ulga, może. Albo pustka, która jeszcze nie wiedziała, czym chce być.
Przez kilka tygodni nic się nie działo. Przestawiłam fotel w róg, gdzie stało pianino. Położyłam tam mały stolik z kwiatami. Sąsiadka Irena powiedziała – o, ładnie ci się zrobiło, przestronniej. Nie odpowiedziałam, że “przestronniej” to eufemizm na “puściej”.
W październiku dostałam od Agnieszki wiadomość ze zdjęciem. Hania siedzi przy pianinie – moim pianinie – w pokoju z tapetą w motylki, i gra. Pod zdjęciem: “Hania ćwiczy codziennie po szkole. Nauczycielka mówi, że ma słuch. Dziękujemy z całego serca.”
Powiększyłam zdjęcie. Pianino stało pod oknem, na wieczku zamiast śladów po filiżankach leżał pluszowy miś i zeszyt nutowy. Na ścianie obok ktoś przypiął kolorowy rysunek – dziewczynka przy pianinie, a nad nią nuty jak ptaki.
Uśmiechnęłam się. Pierwszy raz od dawna – tak naprawdę.
A potem, w grudniu, przyszła koperta. Mała, biała, zaadresowana odręcznie drukowanymi literami – trochę krzywo, trochę za duże “Y”, ale starannie. W środku zaproszenie na kartoniku ozdobionym naklejkami z gwiazdkami.
“Zapraszam na mój pierwszy popis. 18 grudna (sobota), godzina 11, Dom Kultury w Mokobodach. Hania od pani pianina.”
Grudna. Przez “a”. Osiemnaście naklejonych gwiazdek – policzyłam. I ten podpis – “od pani pianina” – jakbym była częścią tego instrumentu, jakby pianino i ja byłyśmy jednym.
Pojechałam. Prawie trzy godziny autobusem z przesiadką w Siedlcach, ale pojechałam. Dom Kultury w Mokobodach okazał się niskim budynkiem z lat siedemdziesiątych, z firankami w oknach i plakatem o zajęciach z robotyki.
W środku ustawiono rządki krzeseł, a na scenie stało pianino. Nie moje – to było inne, szkolne, brązowe. Ale Hania grała na swoim, na moim, codziennie po szkole, i to słychać było od pierwszego taktu.
Zagrała Mozarta. Prosty menuet, nic wielkiego, palce jeszcze sztywne, tempo nierówne, ale skupiona jak chirurg i poważna jak sędzia. W połowie pomyliła się, zatrzymała, popatrzyła na nauczycielkę, która kiwnęła głową, i zaczęła od nowa. Bez paniki, bez łez. Zaczęła od nowa i zagrała do końca.
Klaskałam tak mocno, że bolały mnie dłonie.
Po występie Hania podbiegła do mnie – w granatowej sukience z białym kołnierzykiem, z warkoczykiem przyozdobionym spinką w kształcie nutki.
– Pani Lucyna przyjechała! – krzyknęła i złapała mnie za rękę.
Agnieszka stała za nią z tacą ciastek, na których napis z lukru głosił “Brawo Hania”, i patrzyła na mnie mokrymi oczami.
– Widziała pani? – szepnęła Hania. – Pomyliłam się w środku, ale pani nauczycielka mówi, że to nic, bo ważne jest, że wróciłam do gry.
Ważne jest, że wróciłam do gry.
Nie powiem, że w tym momencie zrozumiałam sens życia albo że wszystko nabrało nowego znaczenia. Jestem za stara na takie odkrycia. Ale kiedy jechałam autobusem do domu i za oknem ciemniało, a szyba odbijała moją twarz – zmęczoną, sześćdziesięcioośmioletnią, z włosami przyciśniętymi czapką – pomyślałam, że niektóre rzeczy nie kończą się wtedy, kiedy myślimy, że się kończą. Że to, co oddajemy, czasem żyje dalej głośniej niż to, co zatrzymujemy.
W styczniu kupiłam bilety na koncert Chopinowski w filharmonii lubelskiej. Sama. Nie dlatego, że kogoś szukałam – dlatego, że chciałam słuchać.
Na parapecie w salonie, tam gdzie kiedyś stała ramka ze zdjęciem Staszka przy pianinie, teraz stoi inna ramka. W niej zaproszenie na kartoniku z osiemnastoma gwiazdkami i podpis drukowanymi literami – trochę krzywo, trochę za duże “Y”.
Hania od pani pianina.