Dałam synowej 40 tysięcy na wkład własny do mieszkania. Umówiliśmy się ustnie, że oddadzą w ratach. Minęły cztery lata. Kiedy przypomniałam, syn powiedział: „Mamo, nie rób z siebie ofiary”.
Przełknęłam to. Matki przełykają wiele.
Cztery lata temu Kuba zadzwonił w piątek wieczorem. Wiedziałam, że coś się dzieje, bo Kuba dzwoni regularnie w niedziele o osiemnastej – piątkowy telefon to albo kłopot, albo prośba. Okazało się, że jedno i drugie.
– Mamo, znaleźliśmy mieszkanie. Trzy pokoje, nowe osiedle, blisko tramwaju. Ale brakuje nam na wkład własny.
Nie zapytał wprost. Kuba nigdy nie prosi wprost – mówi dookoła, zostawia pauzy, czeka aż sama zaproponuję. Nauczył się tego jeszcze jako dziecko, kiedy chciał nowe buty na WF.
– Ile? – zapytałam.
– Czterdzieści tysięcy by wystarczyło. Oddamy w ratach, mamo. Tysiąc miesięcznie, może półtora. Za trzy lata będzie po sprawie.
Pieniądze miałam. Tadeusz zostawił trochę oszczędności, część odłożyłam sama. To nie było tak, że wyrywałam sobie ostatni kęs od ust – ale to były pieniądze na remont łazienki, na nową pralkę, na wymianę tej lodówki, która warczy jak traktor od trzech lat – na to „na wszelki wypadek”, które w moim wieku jest ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Przelałam następnego dnia. Bez umowy, bez papieru. Bo jak to – od syna brać podpis? Sąsiadka Władzia, kiedy jej powiedziałam, pokręciła głową.
– Lucyna, ja ci mówię, spisz to na papierze. Mój brat pożyczył szwagrowi na samochód, piętnaście lat temu. Do dziś czeka.
Machnęłam ręką. To mój syn. Mój jedyny Kuba.
Przez pierwsze pół roku nawet nie myślałam o pieniądzach. Kuba i Natalia urządzali mieszkanie, wrzucali zdjęcia na Facebooka – nowa kuchnia z wyspą, łazienka z deszczownicą, tapeta za pięćset złotych za rolkę. Oglądałam te zdjęcia wieczorami i cieszyłam się. Naprawdę się cieszyłam.
Po roku delikatnie zapytałam.
– Kuba, a jak z tymi ratami? Nie śpieszę, ale wiesz, lodówka mi pada, łazienka się sypie…
– Jasne, mamo, ogarniemy. Teraz jest ciężko po przeprowadzce, ale jak się ustabilizujemy…
Ustabilizowali się na tyle, żeby pojechać na wakacje do Chorwacji. Widziałam zdjęcia Natalii w restauracji z widokiem na morze. Porcja ryby wyglądała na droższą niż moja miesięczna rata za gaz.
Nie powiedziałam nic.
Po dwóch latach przypomniałam znowu. Kuba się zdenerwował.
– Mamo, mamy kredyt. Mamy rachunki. Nie możemy teraz wszystkiego naraz.
– Nie chcę wszystkiego naraz. Chcę chociaż trochę, Kuba. Po pięćset złotych. Lodówka mi naprawdę…
– Dobra, pogadam z Natalią.