Nie pogadał. Albo pogadał i odpowiedź brzmiała „nie”, ale tego mi już nie przekazał.
Kiedy byłam u nich ostatnio, w grudniu, na urodzinach wnuczki Zosi, Natalia postawiła na stole tort z cukierni, który – wiem, bo widziałam takie w internecie – kosztuje ze dwieście złotych.
Mała Zosia dostała rowerek, tablet i kurtkę z jakąś włoską metką. Piękne prezenty. Nie moja sprawa, na co wydają pieniądze. Ale kiedy wieczorem powiedziałam Kubie cicho, w kuchni, że naprawdę przydałoby mi się chociaż część tej kwoty, spojrzał na mnie tak, jakbym psuła mu urodziny córki.
– Mamo, nie teraz. Proszę.
Wróciłam do Kalisza nocnym pociągiem i płakałam przy oknie, patrząc na ciemne pola za Koninem. Kontroler biletów zapytał, czy wszystko w porządku. Pokiwałam głową.
Trzy tygodnie temu napisałam Kubie wiadomość. Długą, spokojną, bez wyrzutów. Napisałam, że łazienka wymaga remontu, bo hydraulik powiedział, że rury mogą puścić w każdej chwili. Że lodówka warczy tak, że sąsiadka słyszy przez ścianę. Że potrzebuję tych pieniędzy. Że rozumiem, że mają swoje wydatki, ale umówiliśmy się. Że nie proszę o wszystko od razu – wystarczy jakiś plan, harmonogram, cokolwiek.
Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Nie od Kuby – Natalia napisała pierwsza.
„Proszę Pani, rozumiemy sytuację, ale my też mamy zobowiązania. Proszę nie robić z tego dramatu. Kuba się stresuje, a to wpływa na całą rodzinę.”
Proszę Pani. Po czterech latach. Po czterdziestu tysiącach. Proszę Pani.
Odpisałam tylko Kubie: „Synu, proszę, porozmawiajmy jak dorośli ludzie. Chodzi o nasze ustalenia.”
I wtedy dostałam tę wiadomość. „Mamo, nie rób z siebie ofiary. Pogadamy jak się uspokoisz.”
Siedzę teraz w kuchni, w której od dwudziestu lat stoi ta sama lodówka. Za oknem sąsiadka Władzia rozwiesza pranie i pewnie zaraz zapuka z herbatą. Dach nad głową mam, głodna nie chodzę. Lodówka jakoś dowarczy, łazienka jakoś poczeka.
Ale kiedy patrzę na zdjęcie Kuby na lodówce – ma tam może dwanaście lat, stoi z rybą nad Wartą i uśmiecha się tak, że brakuje dwóch zębów – myślę sobie, że tamtemu chłopcu pożyczyłabym znowu. Tamten chłopiec nie powiedziałby matce, żeby się uspokoiła.
Pieniądze to pieniądze. Ale to zdanie – „nie rób z siebie ofiary” – to jest coś, czego nie da się spłacić w ratach.
I tego mi żal najbardziej.