Trzeciego dnia, kiedy Bogdan pojechał na swoją poranną zmianę, otworzyłam laptopa. Weszłam na profil Agnieszki. Miała pięćdziesiąt lat, mieszkała w Krakowie, pracowała w kwiaciarni. Lubiła koty, robiła na drutach, udostępniała przepisy na szarlotkę. Wyglądała na kogoś, z kim mogłabym wypić kawę i pogadać o bólu kolan.
Nie wyglądała na femme fatale. Wyglądała na mnie. Na moją wersję z innego miasta.
To mnie złamało bardziej niż tamto zdjęcie.
Zaczęłam szukać. Nie musiałam daleko – wystarczył wspólny komputer w gabinecie. Bogdan nie kasował historii przeglądarki, bo najwyraźniej nigdy nie przyszło mu do głowy, że będę sprawdzać.
Albo nie obchodziło go to. Hotel w Krakowie – rezerwacja na jedną osobę, ale pokój dwuosobowy. Bilety na pociąg – zawsze w obie strony, zawsze w piątki. Restauracja na Kazimierzu – opłacona kartą, którą podobno zgubił dwa miesiące temu i wyrobił nową.
Karta, którą “zgubił”. Drugie konto, które istniało gdzieś w cieniu naszego wspólnego.
Liczyłam. Tak jak liczyłam przez całe życie – cyfry, kolumny, salda. Pięć wyjazdów w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Pięć weekendów, kiedy zostawał w Krakowie, a ja w Lublinie robiłam mu pranie na poniedziałek.
Czwartego dnia odpisałam Agnieszce.
“Dziękuję za wiadomość. Nie jestem martwa. Jestem jego żoną od dwudziestu ośmiu lat. Mamy dwójkę dorosłych dzieci.”
Odpowiedziała po godzinie. Długa wiadomość, pełna przeprosin, łez pisanych wielkimi literami, pytajników. Że nie wiedziała. Że poznali się na portalu randkowym. Że Bogdan napisał w profilu, że jest wdowcem od trzech lat. Że opowiadał o zmarłej żonie z takim smutkiem, że ją to ujęło. Że kupował kwiaty w jej kwiaciarni, zanim w ogóle zaczęli rozmawiać.
Kwiaciarnia. Kwiaty. Bogdan, który w dwudziestu ośmiu latach nie kupił mi kwiatów ani razu, bo “nie widzi sensu, skoro i tak zwiędną”.
Agnieszka pisała, że zerwała z nim natychmiast, kiedy zobaczyła na moim profilu nasze wspólne zdjęcie z komunii wnuka. Że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Że jest jej wstyd. I że – napisała to na końcu, jakby bała się tego zdania – nie jest pewna, czy była jedyna.
To ostatnie zdanie wisiało nade mną przez piąty dzień. I szósty. I siódmy.
Bogdanowi nic nie powiedziałam. Chodziłam obok niego po mieszkaniu, podawałam mu herbatę, patrzyłam, jak ogląda wiadomości i komentuje ceny benzyny. Czekałam – ale nie wiedziałam na co. Na wybuch? Na łzy? Na jakiś wielki moment konfrontacji, który rozstrzygnie wszystko?
Nic takiego nie przyszło. Zamiast tego przyszło zmęczenie. Takie głębokie, kostne. Zmęczenie udawaniem, że nic się nie zmieniło, kiedy zmieniło się wszystko. Bo ja nie byłam już tą samą Renatą, która tydzień wcześniej stawiała mu talerz z kotletami i czekała, aż powie, że smaczne. Tamta Renata gdzieś umarła – może właśnie ona była tą “zmarłą żoną” z jego profilu randkowego.
W piątek Bogdan powiedział, że jedzie na kolejną konferencję.
– W Katowicach – dodał, pakując torbę. – Wrócę w niedzielę wieczorem.
Stałam w drzwiach sypialni z ręcznikiem w rękach. Mokry ręcznik po prysznicu, banalny, codzienny przedmiot. I nagle poczułam coś dziwnego – nie złość, nie rozpacz, ale jasność. Taką zimną, czystą jasność, jak grudniowy poranek, kiedy mróz wycina kontury drzew.
– Bogdan – powiedziałam.
Odwrócił się. Uniósł brwi, jak zawsze, gdy go zaskakiwałam – bo Bogdan nie lubił niespodzianek.
– Wiem o Agnieszce.
Nie krzyknęłam. Nie płakałam. Powiedziałam to takim tonem, jakim mówię w pracy, kiedy klient pyta o saldo – spokojnym, rzeczowym, pewnym.