Bogdan zamknął torbę. Zamek błyskawiczny wydał taki dźwięk – zzzzip – i to było jedyne, co słyszałam przez następne pięć sekund, bo Bogdan milczał. A ja patrzyłam i liczyłam te sekundy. Jedna. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć.
– To nie jest to, co myślisz – powiedział w końcu.
I wtedy się uśmiechnęłam. Bo to zdanie – “to nie jest to, co myślisz” – brzmiało tak samo jak “ta karta się zgubiła” i “w Krakowie nudno wieczorami” i “nie widzę sensu w kwiatach”. To był ten sam Bogdan. Ten, który kłamał tak naturalnie, że sam chyba w to wierzył.
– Jest dokładnie tym, co myślę – odpowiedziałam. – I oboje o tym wiemy.
Nie pakował się tej nocy. Nie pojechał do Katowic. Siedział w kuchni do drugiej w nocy, a ja leżałam na kanapie w salonie i słuchałam, jak otwiera i zamyka lodówkę, jakby szukał w niej odpowiedzi. Może szukał. Może w lodówce było tyle samo sensu, co w naszym małżeństwie przez ostatnie pół roku.
Rano znalazłam go śpiącego z głową na stole kuchennym. Obok stała niedopita herbata i talerz z okruszkami po chlebie. Wyglądał staro. Wyglądał jak ktoś, kto się boi.
Nie obudziłam go. Zrobiłam sobie kawę, usiadłam na balkonie i otworzyłam Facebooka. Wiadomość od Agnieszki – napisała w nocy, że nie może spać i że żałuje, że w ogóle weszła na ten portal.
Odpisałam jej krótko: “Ja też żałuję. Ale nie pani wiadomości. Pani wiadomości dziękuję.”
I to była prawda. Bo bez tej wiadomości dalej prałabym jego koszule na poniedziałek, stawiała mu talerz z obiadem, wierzyła w konferencje i gubiące się karty. Żyłabym w małżeństwie, które istniało tylko po mojej stronie łóżka.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Nie wiem, czy to jest historia rozwodu, przebaczenia, czy czegoś, na co nie ma jeszcze słowa. Wiem tylko, że tamta Renata, która nie pytała i nie sprawdzała, bo ufała – ta Renata już nie istnieje.
A nowa dopiero uczy się oddychać.