Alexandre Santamaria nie przyjechał do sierocińca, by zmienić swoje życie, a tym bardziej otworzyć grób, który, jak sądził, był zamknięty od ośmiu lat.
Przyszedł, by podpisać czek, uścisnąć trzy dłonie, obdarzył kamery promiennym uśmiechem, a następnie odejść, zanim dzieci zaczną zadawać pytania.
W jego świecie hojność miała precyzyjny harmonogram, zespół ds. komunikacji, kwotę wydrukowaną na błyszczącym kartonie i dyskretne wyjście bocznymi drzwiami.
Tego ranka w jadalni unosił się zapach taniego środka dezynfekującego, letniego soku, zbyt szybko umytego plastiku i zimnej wilgoci, która osadza się na podłogach, gdy próbuje się stworzyć wrażenie, że wszystko jest czyste.
Dzieci zaśpiewały piosenkę, którą przećwiczyły na tę okazję – za głośno w niektórych sylabach, za cicho w innych, podczas gdy dziennikarze cofali statywy, by uzyskać najlepszy kąt.
Alexandre miał na sobie granatowy garnitur, prosty krawat i szwajcarski zegarek, którego wartość mogłaby pokryć kilka miesięcy posiłków w ośrodku.
Nauczył się nie patrzeć na dzieci zbyt długo podczas takich wydarzeń, ponieważ długie spojrzenie zmieniało dar w odpowiedzialność.
Od śmierci Mariany budował swoje życie jak mur, cegła po cegle, umowa po umowie, aż w końcu przestał dostrzegać, co tak naprawdę chroni.
Osiem lat wcześniej dowiedział się, że samochód jego żony zjechał z drogi podczas ulewnego deszczu, zaledwie kilka tygodni przed planowanym porodem.
Opowiedziano mu o nagłym wypadku, o przeciążonych lekarzach, o dziecku, które nie przeżyło, i o zamkniętej trumnie, której najlepiej nie otwierać.
Akt urodzenia zawierał dwa podpisy, pieczątkę medyczną, dokładną datę i klauzulę administracyjną, która zniszczyła go bardziej niż płacz.
Dziecko płci żeńskiej, uznane za martwe.
Dziecko miało otrzymać imię Sofia.
Aleksander trzymał to imię w zamkniętym archiwum, wraz z ostatnim USG, obrączką Mariany i jej zdjęciem uśmiechniętej w ogrodzie.
Co roku, 14 listopada, anonimowo wpłacał darowiznę na rzecz stowarzyszenia zajmującego się dziećmi porzuconymi, nigdy nie odwiedzając tego miejsca, nie prosząc o podziękowania.
Tym razem jego zespół nalegał na upublicznienie fundacji, ponieważ sierociniec Saint-Claire groził zamknięciem całego skrzydła przed zimą.