– Zobaczymy.
Kuba przyjechał następną sobotę. I kolejną. I kolejną.
Grzegorz zadzwonił w listopadzie, zdziwiony.
– Mamo, Kuba mówi, że co weekend jeździ do ciebie do garażu. Myślałem, że to na raz się skończy.
– Ja też myślałam.
– On naprawdę chce naprawiać tego malucha?
– On naprawdę naprawia tego malucha.
Grzegorz zamilkł na chwilę.
– No dobra. Ale jakby coś było trzeba kupić, to powiedz, pomogę.
To było więcej niż się spodziewałam.
Soboty z Kubą zaczęły mieć swój rytm. Przyjeżdżał autobusem o dziewiątej, szedł prosto do garażu, rozkładał narzędzia – część była Staszka, część przywoził ze szkolnego warsztatu – i zaczynał. Ja przynosiłam termos z herbatą i kanapki z szynką. Siadałam na starym taborecie przy ścianie i patrzyłam.
Na początku głównie patrzyłam. Ale Kuba gadał. Gadał cały czas – o szkole, o kolegach, o silnikach, o Staszku.
– Babciu, a dziadek sam naprawiał tego malucha?
– Wszystko sam. Nigdy nie oddał do mechanika.
– Szacun – mówił Kuba i wracał do odkręcania czegoś pod maską.
W grudniu silnik stanął na stole warsztatowym, który Kuba zorganizował z dwóch palet i deski. W styczniu zaczęliśmy szukać części – Kuba na internetowych forach, ja na bazarku pod halą targową, gdzie starsi panowie handlowali gratami z demobilu. W lutym nauczyciel od praktyk przyjechał osobiście obejrzeć postępy i powiedział, że Kuba ma dar.
– Pani wnuk to złote ręce – powiedział mi, stojąc w garażu z kubkiem mojej herbaty. – Nie wiem, po kim to ma.
– Po dziadku – odpowiedziałam.
Marzena zadzwoniła w marcu.
– Mamo, słyszałam, że Kuba rozmontował ci cały garaż.
– Nie rozmontował. Remontuje.
– Ale po co? – w jej głosie słychać było irytację. – Kto będzie tym jeździł? Ty nie masz prawa jazdy, Kuba ma piętnaście lat.
– Szesnaście – poprawiłam. – Właśnie skończył.
– Mamo, to nie ma sensu.
Nie odpowiedziałam. Może nie miało sensu ekonomicznego, praktycznego, logistycznego. Ale w każdą sobotę, kiedy otwierałam garaż i Kuba stał już przy maluchu z kluczem nasadowym w ręku, czułam coś, czego nie umiałam nazwać. Jakby Staszek gdzieś tam patrzył i się cieszył.
W kwietniu maluch odpalił.
Kuba przekręcił kluczyk – ten sam kluczyk, który wisiał w stacyjce od lat – i silnik zakaszlał, zachrobotał, a potem zaczął pracować. Nierówno, z przerwami, ale pracował.
Kuba odwrócił się do mnie z taką miną, że musiałam się odwrócić, bo wiedziałam, że zaraz się rozpłaczę.
– Babciu, słyszysz? Żyje!
Żyje. To było dobre słowo.
Do maja Kuba doprowadził malucha do stanu, w którym można było nim jeździć – z nowym paskiem klinowym, wymienionymi świecami, naprawionym gaźnikiem i odmalowanymi zderzakami. Lakier został oryginalny – zielony, z rysą na prawym błotniku, tą samą, którą zrobił Grzegorz trzydzieści lat temu. Kuba chciał ją naprawić. Powiedziałam, że nie.
– Niech zostanie – powiedziałam. – To część historii.
W maju Kuba znalazł w internecie informację o zlocie fiatów 126p w Nowej Dębie. Czterdzieści kilometrów od Tarnowa. Grzegorz zgodził się pojechać z Kubą – on za kierownicą, Kuba obok, ja z tyłu na wąskim siedzeniu, z torbą, w której były kanapki z szynką i termos z herbatą. Jak dawniej. Jak ze Staszkiem.
Zlot był na łące za miastem. Maluchy w każdym kolorze – czerwone, żółte, niebieskie, jeden pomalowany w krowy. Ludzie chodzili między samochodami, zaglądali pod maski, robili zdjęcia. Kuba oprowadzał po naszym maluchu każdego, kto chciał słuchać. Mówił o gaźniku, o świecach zapłonowych, o pasku klinowym. Mówił rzeczy, których nauczył się w tym garażu przez rok sobót.
Stałam z boku i piłam herbatę z plastikowego kubka, kiedy podszedł starszy pan – mniej więcej w moim wieku, w koszulce z napisem “Maluch Club Polska” – i zapytał:
– Czyj to maluch?
Kuba odpowiedział, zanim zdążyłam otworzyć usta.
– Nasz z babcią.
Nasz z babcią. Nie dziadka. Nie taty. Nasz.
Starszy pan uśmiechnął się i pokiwał głową. Kuba wrócił do opowiadania jakiemuś chłopakowi o regeneracji cylindrów. A ja stałam z tym plastikowym kubkiem i myślałam o Staszku, o kluczu na haku, o okularach przeciwsłonecznych na desce rozdzielczej, które Kuba umył i powiesił na lusterku wstecznym jako talizman.
Grzegorz podszedł do mnie cicho.
– Mamo, przepraszam za te części – powiedział.
– Jakie części?
– Że mówiłem, żebyś sprzedała na części.
Poklepałam go po ramieniu. Nie trzeba było nic mówić.
W drodze powrotnej maluch ciągnął pod górkę jak za dawnych lat – z wysiłkiem, ale dzielnie. Kuba siedział obok ojca i planował już, co jeszcze trzeba zrobić – tapicerka, wymiana linek hamulcowych, może nowe uszczelki do okien. Grzegorz słuchał i kiwał głową.
A ja siedziałam z tyłu, na tym wąskim siedzeniu, z torbą na kolanach, i czułam coś, co chyba było szczęściem. Nie tym wielkim, filmowym szczęściem. Takim cichym, sobotnim. Takim, które pachnie smarem i herbatą z termosu.