Bo to by znaczyło, że rozbieramy Staszka na kawałki. Że silnik idzie w jedną stronę, skrzynia biegów w drugą, a kierownica – ta sama, której dotykał codziennie przez trzydzieści lat – trafia do jakiegoś obcego człowieka na bazarze.
Nie umiałam tego powiedzieć głośno. Brzmiało irracjonalnie. Pewnie było irracjonalne.
A potem, w październiku, przyjechał Kuba.
Kuba to syn Grzegorza, miał wtedy piętnaście lat, chodził do technikum samochodowego i miał w oczach ten sam błysk co Staszek, kiedy mówił o silnikach. Grzegorz przywiózł go na weekend – sam jechał dalej, na jakąś konferencję w Rzeszowie.
– Babciu, mogę zobaczyć malucha? – zapytał Kuba w sobotę rano, jedząc kanapkę z dżemem nad zlewem.
Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam, że w ogóle wie o maluchu.
– Tata mówił, że dziadek miał fiata sto dwadzieścia szóstkę i że stoi w garażu.
– Stoi – powiedziałam ostrożnie. – Ale nie wiem, w jakim jest stanie. Nikt tam nie zaglądał od…
– To chodźmy zobaczyć.
Poszliśmy. Klucz zszedł z haka pierwszy raz od lat. Kuba szedł obok mnie i gadał o jakimś filmie na internecie, gdzie ktoś odrestaurował starego malucha, i że w technikum mają warsztat, i że nauczyciel od praktyk powiedział, że fiat 126p to najlepszy samochód do nauki, bo prosty jak cepa.
Otworzyłam garaż i stanęłam.
Maluch stał dokładnie tak, jak go Staszek zostawił. Pokryty kurzem, z lekko spuszczoną lewą tylną oponą, z wycieraczką uniesioną od szyby – Staszek zawsze tak robił, żeby guma się nie odkształcała. Na desce rozdzielczej leżały okulary przeciwsłoneczne i paczka chusteczek higienicznych.
Kuba gwizdnął cicho.
– Babciu – powiedział – on jest cały. On jest kompletny.
Nie patrzyłam na samochód. Patrzyłam na okulary Staszka na desce rozdzielczej i czułam, jak ściska mnie w gardle.
– Babciu – Kuba stanął przede mną i popatrzył mi prosto w oczy. – Naprawmy go. Razem.
– Kuba, ja nie umiem…
– Ja też jeszcze nie umiem. Ale się nauczę. Będę przyjeżdżał w soboty.
Pomyślałam, że to entuzjazm piętnastolatka. Że za dwa tygodnie zapomni, że znajdzie sobie dziewczynę albo grę komputerową, i maluch znowu zostanie sam. Powiedziałam: