CIĄG DALSZY PONIŻEJ
BLOK 2
Trzymałem tę kartkę w rękach i na początku nawet nie rozumiałem, co tak mocno mnie uderzyło.
Nie to, że ludzie gadają. Na wsi języki są szybkie. Dzisiaj mówią o jednym, jutro o drugim. Pod sklepem, na przystanku, w kolejce w aptece, przy paczkomacie. Byle było o czym.
Bolało coś innego.
Mateusz pomyślał, że może przynieść mi wstyd.
On.
Chłopak, który podniósł mój rozerwany worek i ani razu się nie zaśmiał. Który nie wziął 50 zł, chociaż było widać, że pieniądze mu nie ciążą. Który za każdym razem zatrzymywał się w progu mojego domu, jakby czekał, czy naprawdę się cieszę, że go widzę.
Kobieta stała przede mną i mięła w palcach brzeg kurtki. Widać było, że nie wstydzi się syna. Wstydzi się tego, co syn musiał usłyszeć.
— Mam na imię Ewa — powiedziała. — On nie chciał, żebym przyjeżdżała. Ale ja widzę, co się z nim dzieje. W niedziele siedzi w domu, patrzy przez okno, a potem mówi, że tak będzie lepiej.
— Kto mu to powiedział? — zapytałem.
Ewa westchnęła.
— Nikt wprost. Pod sklepem jedna kobieta powiedziała, że starych łatwo podejść. Na przystanku jakiś mężczyzna rzucił: „Uważaj, Piotr, bo jeszcze ci ten zielony dom wyniesie”. Mateusz nie wszystko słyszy. Ale z ust czyta lepiej, niż ludziom się wydaje.
Zrobiło mi się zimno.
Bo w tamtej chwili zobaczyłem siebie z pierwszego dnia.
Ten sam szybki wzrok.
Tę samą głupią myśl.
Ten sam strach przed kimś, kto wygląda inaczej niż wszyscy.
Ja tylko pomyślałem.
Oni powiedzieli to głośno.
— Proszę mnie do niego zawieźć — powiedziałem.
Ewa podniosła oczy.
— Może nie wyjść.
— To postoję pod drzwiami.
Ich dom był na końcu wsi, niedaleko starego przystanku. Mały, zadbany, z wytartą ławką pod oknem.
Mateusz siedział właśnie na tej ławce. Kaptur na głowie, telefon w ręku. Włosy miał dalej zielone, ale sam wyglądał na zmęczonego.
Kiedy mnie zobaczył, zerwał się z miejsca.
Na jego twarzy nie było radości.
Był strach.
Zaczął szybko pisać coś w telefonie. Palce mu drżały.
Podniosłem rękę, żeby go zatrzymać.
Mówiłem powoli, patrząc mu prosto w twarz:
— Nie przynosisz mi wstydu.
Patrzył na moje usta.
Powtórzyłem:
— Nigdy.
Mateusz przełknął ślinę i odwrócił głowę. Jakby nie wierzył. Albo bał się uwierzyć.
Wtedy wyjąłem z kieszeni stary zeszyt Anny.
Po jej śmierci przez kilka miesięcy nie mogłem go otworzyć. Zapisywała w nim wszystko: kiedy dzwonić po weterynarza, kiedy kupić sól dla zwierząt, komu dać słoik dżemu, ile zapłaciliśmy za siano.
A pomiędzy tym były jej krótkie zdania.