„Piotr znowu dźwiga więcej, niż może”.
„Kupić maść na krzyż. Sam nie poprosi”.
Kiedy Mateusz zaczął do mnie przychodzić, zostawiałem ten zeszyt na stole. Czasem dopisywał tam kilka słów.
„Płot za ogrodem naprawiony”.
„Brązowa krowa dzisiaj mniej kuleje”.
„Potrzebny nowy sznurek”.
Którejś niedzieli znalazłem jego zdanie:
„Tutaj czuję się potrzebny”.
Otworzyłem zeszyt właśnie na tej stronie i pokazałem mu.
Potem wziąłem długopis i pod jego słowami napisałem:
„Ja też”.
Mateusz długo na to patrzył. Potem wypuścił powietrze, jak człowiek, który trzymał się zbyt długo i już nie ma siły.
Przetarł oczy rękawem i napisał w telefonie:
„Nie chcę, żeby ludzie śmiali się z pana przeze mnie”.
Wziąłem telefon. Moje palce, jak zawsze, nie od razu trafiały w dobre litery.
Napisałem:
„Ze mnie śmiali się i bez ciebie. Ale z tobą dom jest mniej pusty”.
Przeczytał.
Ewa odwróciła się do okna. Udawałem, że nie widzę, że płacze.
W drodze powrotnej długo milczeliśmy. Przy mojej bramie Ewa powiedziała:
— Po śmierci dziadka do nikogo się tak nie przywiązał. Boi się, że znowu ktoś go odeśle.
Spojrzałem na zgaszoną lampę przy bramie.
— Ja też się bałem.
— Czego?
— Że nie wróci.
W następną niedzielę zapaliłem światło wcześniej niż zwykle. O 13:30.
Mówiłem sobie, że to głupota. Że 17-letni chłopak nie ma obowiązku siedzieć ze starym człowiekiem w kuchni i jeść zupę w niedzielne popołudnie.
A mimo to co 5 minut podchodziłem do okna.
O 14:10 zobaczyłem jego stary samochód na drodze.
Mateusz nie wysiadł od razu. Siedział za kierownicą i patrzył na podwórko. Potem wziął telefon, wysiadł, zamknął drzwi i nie poszedł w stronę domu.
Poszedł do stodoły.
Jakby tych 3 tygodni wcale nie było.
Jakby najpierw musiał zrobić coś rękami, a dopiero potem mógł spojrzeć mi w oczy.
Nie przeszkadzałem mu.
Wziął młotek i poprawił furtkę, która od dawna szurała po ziemi. Potem przeniósł siano pod dach. Dopiero kiedy skończył, wszedł do kuchni.
Na stole położyłem kawałek kartonu. Napisałem grubym mazakiem:
„W tym domu patrzy się człowiekowi w twarz. I nie ocenia się włosów przed rękami”.
Mateusz przeczytał.
Najpierw skrzywił się trochę. Potem roześmiał się. Bez głosu, ale całą twarzą.
Przyczepiliśmy kartkę przy drzwiach.
Myślałem, że będziemy ją widzieć tylko my.