Myliłem się.
Po 2 tygodniach znowu musiałem jechać do sklepu rolniczego. Tego dnia wydawali paszę kilku gospodarzom z okolicy. Mateusz pojechał ze mną.
Nie będę kłamał: potrzebowałem pomocy.
Ale nie worki były najważniejsze.
Miałem dość tego, że jest częścią mojego życia tak, jakby trzeba było go chować.
Miał na sobie czarną kurtkę. Zielone włosy. Telefon w ręku.
Ludzie patrzyli.
Nie wszyscy źle. Ale szybko. Tak, jak ja pierwszego dnia.
Przy kasie stał ten sam mężczyzna w czystym płaszczu. Ten, który pierwszego dnia mówił o młodzieży i telefonach.
Spojrzał na Mateusza.
Potem na mnie.
Usta już układały mu się do jakiegoś zdania.
Mateusz to zobaczył. Poczułem, jak napina się obok mnie.
We mnie odezwał się stary nawyk.
Milcz.
Nie wtrącaj się.
Nie rób sceny.
Samo przejdzie.
Anna często się o to na mnie złościła.
— Piotr, ty wszystko połykasz — mówiła. — A potem się dziwisz, że masz kamień w środku.
Już prawie spuściłem oczy.
A potem przypomniałem sobie pierwszy dzień. Rozerwany worek. Moją brzydką myśl. Jego telefon z dużymi literami.
Położyłem Mateuszowi rękę na ramieniu.
Tak, żeby wszyscy widzieli.
— To jest Mateusz — powiedziałem głośno. — Pomógł mi wtedy, kiedy inni potrafili tylko gadać. Jeśli chcecie mu coś powiedzieć, stańcie przed nim. On słabo słyszy.
W sklepie zrobiło się cicho.
Nie ładnie cicho.
Niezręcznie.
Mężczyzna w płaszczu poczerwieniał. Spojrzał na swoje wypolerowane buty, potem zrobił krok w stronę Mateusza.
Stanął przed nim i powoli powiedział:
— Dzień dobry.
Mateusz spojrzał na niego. Napisał w telefonie i pokazał ekran:
„Dzień dobry”.
Niby nic.
Ale ja widziałem, że palce Mateusza przestały drżeć.
Po tamtym dniu świat nie zrobił się nagle dobry.
Tak nie bywa.
Pod sklepem dalej szeptali. Na przystanku ktoś żartował z jego zielonych włosów. Jeden sąsiad powiedział, że na starość znalazłem sobie dziwnego wnuka. Inny do dziś przechodzi na drugą stronę drogi, kiedy widzi Mateusza.
Kiedyś udawałbym, że nie zauważam.
Teraz zauważam.
I Mateusz już nie opuszcza głowy tak szybko.
Pewnego razu sąsiadka, pani Maria, przyniosła szarlotkę. Postawiła ją na stole i powiedziała:
— To dla pana. I dla tego chłopaka… Mateusza, prawda?
Zmieszała się, bo nie wiedziała, jak to dobrze powiedzieć.
Mateusz napisał w telefonie:
„Dziękuję. Ciasto jem lepiej, niż słyszę”.
Pani Maria najpierw nie zrozumiała. Potem zaczęła się śmiać.
— Piotr, ten chłopak ma głowę.
— Nie moją — powiedziałem. — Sam taką ma.
W zeszycie Anny pojawiało się coraz więcej wpisów Mateusza.
„Potrzebny nowy sznurek”.
„Brązowa dziś uparta”.
„Piotr mówi, że nie jest zmęczony. Nieprawda”.