Pod tym dopisałem:
„Mateusz mówi, że nie lubi zupy. Jeszcze większe kłamstwo”.
Przeczytał i pokazał mi pięść. Nie ze złością. Po swojemu.
Wiosną jedna z owiec urodziła słabe jagnię. Małe, białe, z szarą plamką przy uchu. Spojrzałem na nie i od razu wiedziałem, że może nie doczekać rana.
Mateusz akurat był u mnie.
Nie pytał, czy ma zostać. Zdjął kurtkę, przyniósł stary ręcznik, usiadł w oborze przy lampie i trzymał jagnię obiema rękami.
Ja rozcierałem mu nogi. Mateusz ogrzewał ręcznik przy piecyku.
Około 23:00 jagnię podniosło głowę.
Mateusz szybko napisał:
„Ono chce żyć”.
Spojrzałem na niego.
Pomyślałem wtedy, ile siły jest w tym chłopaku, choć on sam pewnie jej nie widzi.
Nie potrzebował litości.
Potrzebował miejsca, z którego nikt go nie wygoni i gdzie nikt nie będzie mu tłumaczył, jaki powinien być.
Jagnię nazwaliśmy Iskra.
Mateusz wybrał. Napisał, że kiedy jest ciemno, nawet mała iskra dużo znaczy.
Nie powiedziałem mu, że Anna mogłaby powiedzieć coś podobnego. Nie chciałem go przestraszyć tym, jak bliski już mi się stał.
Ewa czasem przyjeżdżała po niego. Siadała w kuchni, piła kawę z małej filiżanki Anny i opowiadała, że Mateusz w domu zrobił się spokojniejszy.
— Kiedyś ciągle pytał, czy komuś przeszkadza — powiedziała któregoś dnia. — Teraz sam otwiera drzwi. Jakby miał prawo wejść.
Nie odpowiedziałem od razu.
Potem wskazałem na zeszyt, na światło przy bramie i na jego kurtkę, która wisiała obok mojej starej roboczej kurtki.
— Ja też, Ewo.
— Co też?
— Jakbym jeszcze miał prawo tu być.
Spojrzała na mnie i nic nie powiedziała.
Są zdania, po których nie trzeba już nic dodawać.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy z Mateuszem na ławce przed domem. Iskra skakała niezdarnie przy matce. Przy bramie paliło się światło, chociaż nie trzeba już było nikogo wypatrywać. Mateusz od dawna wchodził bez pukania.
Wyjął telefon. Pisał długo.
Potem mi pokazał.
„Kiedy umarł dziadek, myślałem, że już nigdy nie będę miał miejsca, gdzie pachnie sianem i gdzie nikt nie pyta, czemu jestem taki”.
Przeczytałem.
Wziął telefon z powrotem i dopisał jeszcze:
„Pan nie jest moim dziadkiem. Wiem. Ale przy panu mniej za nim tęsknię”.
Zdjąłem okulary. Jakby przeszkadzały mi widzieć. A tak naprawdę po prostu oczy miałem mokre.
Wszedłem do domu i przyniosłem zeszyt Anny. Na ostatniej stronie, której z jakiegoś powodu nigdy nie zapisałem, napisałem:
„Odkąd Mateusz przychodzi w niedziele, mniej boję się wieczorów”.
Przeczytał.
Tym razem nie ukrywał łez.
Ja też nie udawałem, że tylko oczy mnie pieką.
Siedzieliśmy obok siebie. Stary człowiek i chłopak z zielonymi włosami.
Może ludzie myśleli o nas, co chcieli. O mnie, że na stare lata zdziwaczałem. O nim, że jest inny, bo zawsze ma telefon w ręku.
W tamtej chwili mało nas to obchodziło.
Po prostu siedzieliśmy tam, a ja pierwszy raz od dawna nie spieszyłem się z powrotem do domu.
Światło przy bramie paliło się jak zawsze. Już nie gasiłem go wcześnie.
W zeszłą niedzielę Mateusz napisał w zeszycie Anny:
„Iskra rośnie. Piotr też”.
Chciałem się obrazić.
Nie wyszło.
Dopisałem pod spodem:
„Mateusz też. Ale włosy rosną szybciej”.
Przeczytał, zaśmiał się bezgłośnie i poszedł nakarmić owce.
Ja zostałem w kuchni.
Na stole leżał zeszyt Anny. Obok telefon Mateusza.
Dwie rzeczy, które kiedyś nigdy nie leżałyby obok siebie w mojej kuchni.
Przez okno widziałem, jak Mateusz niesie wiadro do obory, a Iskra plącze mu się pod nogami.
Już miałem krzyknąć, żeby uważał, ale się powstrzymałem. Wiedział, że patrzę.
Podszedłem do drzwi i spojrzałem na światło przy bramie.
Paliło się.
Kiedyś zapalałem je dla Mateusza.
Teraz chyba też dla siebie.