W salonie zapadła cisza tak nagła, że nawet kryształowy żyrandol wydawał się ucichnąć.
Ewa spuściła wzrok.
Maja przez chwilę patrzyła na planszę. Potem powiedziała:
— Nie żyje.
Adrian zamarł na ułamek sekundy. Powinien przeprosić. Każdy człowiek z odrobiną przyzwoitości by przeprosił. Ale Adrian Wolski od dawna uważał przyzwoitość za walutę biednych.
— Przykro mi — rzucił krótko, bez żadnego ciężaru w głosie. — Tym bardziej powinnaś uważać, żeby nie stracić tego, co ci zostało.
Wziął jej gońca.
Maja spojrzała na zbitą figurę. Potem na niego.
— Nie wszystko, co wygląda jak strata, jest stratą.
Adrian uniósł oczy.
— Kto cię tego nauczył? Też tata?
— Tak.
Po raz pierwszy spojrzał na planszę uważniej. Dziewczynka była spokojna. Za spokojna jak na dziecko, które właśnie traciło materiał. Przez chwilę miał wrażenie, że jej figury stoją dziwnie. Jak pułapka, której jeszcze nie rozpoznawał.
Wtedy do salonu weszła jego narzeczona, Lena Rawicz.
Miała na sobie jasny garnitur, włosy spięte nisko i uśmiech tak perfekcyjny, że wyglądał jak wyćwiczony przed lustrem.
— Adrian, kochanie, wszyscy czekają — powiedziała, po czym spojrzała na Maję. — Och. Mamy gościa?
— Córka pani Ewy — odparł Adrian. — Gramy krótką partię.
Lena zmierzyła dziewczynkę wzrokiem od kokardy po tanie buciki.
— Jak uroczo. Tylko nie pozwól jej wygrać. Dzieci powinny znać swoje miejsce.
Ewa zacisnęła szczękę.
Maja się nie poruszyła.
Adrian roześmiał się cicho.
— Spokojnie. To potrwa minutę.
Przesunął hetmana agresywnie na skrzydło królewskie. Lubił taki styl. Atakować. Przytłaczać. Zmuszać przeciwnika do obrony, aż sam przestanie widzieć wyjście.
— Szach — powiedział.
Lena klasnęła lekko.
— Już?
Maja spojrzała na króla. Potem przesunęła wieżę.
— Nie.
Adrian zmarszczył brwi.
Ruch był poprawny. Prosty. Ale niewygodny. Zmuszał go do wymiany albo cofnięcia hetmana. Nagle partia przestała być zabawą. Nie dlatego, że dziewczynka mogła wygrać. To było niemożliwe. Ale dlatego, że nie zachowywała się jak ktoś, kto gra „trochę”.
— Kto naprawdę cię uczył? — spytał ciszej.
Maja odpowiedziała bez wahania:
— Mój tata, Tomasz Leśniewski.
Nazwisko uderzyło w powietrze jak niewidzialny młotek.
Adrian nie poruszył się, ale jego twarz stwardniała.
Ewa zamknęła oczy.
Lena przestała się uśmiechać.
— Co powiedziałaś? — spytał Adrian.
— Tomasz Leśniewski — powtórzyła Maja. — Był informatykiem. I grał w szachy. Mówił, że najlepsze pułapki są ciche.
Adrian powoli odłożył zbitą figurę na brzeg planszy.
Tomasz Leśniewski.
Nazwisko, którego od sześciu lat nikt w jego obecności nie wypowiadał. Nazwisko człowieka, który stworzył pierwszy algorytm przewidujący błędy w transakcjach giełdowych. Człowieka, który zginął w wypadku samochodowym tydzień przed podpisaniem umowy z firmą Wolskiego. Człowieka, którego kod — według oficjalnych dokumentów — należał teraz do Adriana.
Maja patrzyła na planszę.
— Pana ruch — powiedziała.
Adrian pochylił się nad szachownicą. Jego oddech stał się płytszy.
— Pani Ewo — odezwał się powoli — nigdy nie wspominała pani, że pani mąż był Tomaszem Leśniewskim.
Ewa otworzyła oczy.
— Nigdy pan nie pytał o moje życie, panie Wolski.
Lena zrobiła krok w stronę drzwi.
— Adrian, naprawdę nie mamy teraz czasu na rodzinne historie personelu.
— Zostań — powiedział ostro.
Lena zamarła.
Maja przesunęła wzrok na kobietę. Przez krótką sekundę jej dziecięca twarz wydała się starsza.
— Pani też znała mojego tatę — powiedziała.
Lena pobladła.
Adrian powoli odwrócił głowę.
— Lena?
— Nie wiem, o czym ona mówi.
Maja sięgnęła do małej kieszonki sukienki i wyjęła złożoną kartkę. Była stara, zmięta na brzegach. Położyła ją obok planszy, ale jej nie rozwinęła.
— Tata mówił, że jeśli kiedyś spotkam pana Adriana Wolskiego, mam najpierw zagrać z nim w szachy.
W salonie zrobiło się chłodno, choć za oknami świeciło słońce.
— Dlaczego? — spytał Adrian.
Maja spojrzała na planszę.
— Bo tylko człowiek, który myśli, że już wygrał, nie zauważa mata.
Część 2
Ruch, którego nikt nie przewidział
Adrian Wolski po raz pierwszy od lat poczuł, że traci kontrolę nad pokojem.
Nie nad firmą. Nie nad spotkaniem. Nie nad transakcją. Nad pokojem.
A to było gorsze.
Bo w jego świecie wielkie katastrofy nie zaczynały się od krzyku. Zaczynały się od drobiazgu: źle podpisanej strony, jednego nazwiska w mailu, zbyt spokojnej twarzy człowieka, którego uznało się za nieważnego.
Albo od dziewięcioletniej dziewczynki, która siedziała przy marmurowym stoliku i mówiła o macie.
— Rozwiń tę kartkę — powiedział.
Maja nie drgnęła.
— Najpierw pana ruch.
— To nie jest zabawa.
— Dla mnie też nie.