Ewa zrobiła krok do przodu.
— Maju…
Dziewczynka podniosła rękę, delikatnie, ale stanowczo. Ten gest bardziej przypominał dorosłego niż dziecko.
— Mamo, obiecałam tacie.
Adrian spojrzał na planszę. Próbował wrócić myślami do gry, ale nazwisko Tomasza Leśniewskiego rozbiło jego koncentrację. Wspomnienia, które przez lata zakopywał pod kontraktami i sukcesami, zaczęły wypływać.
Tomasz przy stole konferencyjnym. Cichy, wychudzony, w za dużej marynarce. Niepasujący do świata pieniędzy. Genialny, ale naiwny.
„Ten algorytm nie może służyć do manipulacji rynkiem” — powiedział wtedy.
Adrian pamiętał, jak się uśmiechnął.
„Oczywiście. Będzie służył bezpieczeństwu.”
Pamiętał też Lenę. Wtedy jeszcze nie narzeczoną. Była prawniczką funduszu, który chciał przejąć projekt. To ona sporządzała dokumenty. To ona zaproponowała poprawkę w umowie. To ona powiedziała: „Tomasz tego nie zauważy. On ufa ludziom.”
Tydzień później Tomasz nie żył.
Oficjalnie: wypadek.
Nieoficjalnie: za dużo pytań, za dużo wątpliwości, za mało dowodów.
Adrian potrząsnął głową, jakby chciał odgonić myśli.
— Grasz — powiedział do Mai — bardzo dobrze jak na dziecko.
— Dziękuję.
— Ale nie wystarczająco dobrze.
Przesunął hetmana. Chciał zakończyć partię szybko, brutalnie. Zmusić ją do obrony. Zamknąć tę scenę, zanim wymknie się spod kontroli.
Maja spojrzała na planszę i wykonała ruch pionkiem.
Cichy. Niepozorny. Niemal śmieszny.
Lena prychnęła.
— To chyba błąd.
Adrian już miał się zgodzić, gdy nagle zobaczył linię.
Skoczek. Wieża. Goniec. Otwarta przekątna.
To nie był błąd.
To była groźba.
— Sprytne — mruknął.
Maja milczała.
Telefon Adriana zawibrował. Na ekranie pojawiło się nazwisko: „Mecenas Sawicki”.
Odrzucił połączenie.
Telefon zadzwonił znowu.
— Odbierz — powiedziała Maja.
Adrian spojrzał na nią ostro.
— Nie będziesz mi mówiła, co mam robić.
— Tata mówił, że ludzie najczęściej ignorują dzwonek, który mógłby ich uratować.
Ewa wciągnęła powietrze.
Lena szepnęła:
— Adrian, dość tego.
Ale on już odebrał.
— Tak?
Po drugiej stronie przez sekundę panowała cisza.
— Panie Wolski — głos mecenasa był napięty — mamy problem.
— Jaki?
— Do sądu i do Komisji Nadzoru Finansowego trafił dziś rano pakiet dokumentów. Kopie umów, nagrania rozmów, korespondencja mailowa. Dotyczą przejęcia kodu Leśniewskiego.
Adrian poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
Spojrzał na kartkę leżącą obok szachownicy.
— Od kogo?
— Od kancelarii reprezentującej Ewę Leśniewską i jej córkę.
Lena cofnęła się o krok.
Ewa po raz pierwszy podniosła głowę.
Adrian powoli opuścił telefon.
— Ty? — wyszeptał.
Ewa nie odpowiedziała od razu. Jej głos, kiedy wreszcie przemówiła, był cichy, lecz twardy.
— Sprzątałam u pana przez trzy lata. Pan nie widział we mnie człowieka. To mi bardzo pomogło.
Adrian patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz.
— Ty grzebałaś w moich dokumentach?
— Nie. Ja tylko słuchałam, gdy pan i pani Lena rozmawialiście przy winie, przekonani, że służba nie rozumie nazwisk, dat i liczb. Zbierałam to, co mój mąż zostawił, zanim umarł. I czekałam, aż pan sam położy ostatnią figurę na właściwym polu.
Lena syknęła:
— To kradzież.
Ewa odwróciła się do niej.
— Kradzież? Naprawdę chce pani użyć tego słowa?
W ciszy słychać było tylko odległy szum miasta za szybami.
Maja rozwinęła kartkę.
Na papierze był odręczny zapis partii szachowej. Obok kilku ruchów widniały krótkie zdania. Niektóre zapisane były normalnie. Inne dziwnym szyfrem, który wyglądał jak notacja.
Adrian pochylił się.
— Co to jest?