Zamknął oczy, jakby przyjmował komunię.
Operacja trwała pięć godzin.
Pięć godzin chodzenia po korytarzu, picia kawy bez smaku, odbierania telefonów od ludzi, którzy nie wiedzieli, że właśnie boję się jak dziesięcioletni chłopiec. Natalia siedziała przy oknie i trzymała moją dłoń tak mocno, aż bolały palce.
Kiedy lekarz wyszedł i powiedział:
– Operacja się udała.
Nie poczułem radości od razu.
Najpierw poczułem, że kolana przestały mnie trzymać.
Usiadłem na podłodze pod ścianą i rozpłakałem się drugi raz w ciągu dwóch tygodni.
Nie wstydziłem się.
Pan Ernest zdrowiał powoli. Najtrudniej było przekonać go, że rekonwalescencja nie jest lenistwem. Że nie musi wstawać o szóstej, zamiatać podwórka, naprawiać kranu ani udowadniać światu, że nadal zasługuje na miejsce przy stole.
Po miesiącu zawieźliśmy go do nowego domu.
Mały parterowy domek z jasną kuchnią, dwoma pokojami i ogrodem, w którym rosły stare jabłonie. Kiedy otworzyłem furtkę, stanął bez ruchu.
– To pomyłka – powiedział.
– Nie.
– Ja nie umiem mieszkać w takim miejscu.
– Nauczysz się.
Wszedł do środka ostrożnie, jak człowiek w muzeum. Dotknął stołu. Framugi. Nowego czajnika. W sypialni zobaczył łóżko z czystą pościelą i usiadł na brzegu.
– Całe życie bałem się, że jeśli poproszę o za dużo, Bóg zabierze mi to, co mam.
Usiadłem obok.
– A co miałeś?
Spojrzał na mnie.
– Ciebie.
Nie odpowiedziałem.
Nie dało się.
Po kilku tygodniach pojechaliśmy do Radomia, na stary cmentarz, do grobu mojej matki. Pan Ernest długo stał przy płycie, trzymając w dłoniach czapkę, tak samo jak wtedy, gdy miałem dziesięć lat.
– Złamałem obietnicę – powiedział cicho.
– Nie ty. Ja znalazłem dokument.
– Powinienem był powiedzieć wcześniej.
– Tak.
Nie chciałem go głaskać po sumieniu kłamstwem.
– Ale rozumiem, dlaczego nie powiedziałeś.
Położyłem na grobie mały bukiet białych goździków. Matka je lubiła, bo długo stały w wazonie.
– Jestem na nią zły – przyznałem.
Pan Ernest skinął głową.
– Masz prawo.
– I jestem jej wdzięczny.
– Też masz prawo.
– I nie wiem, jak te dwie rzeczy trzymać w sobie naraz.
Spojrzał na grób.
– Rodzina często właśnie tym jest. Trzymaniem rzeczy, które nie pasują do jednej ręki.
Tego dnia wróciłem do Warszawy inny.
Nie lepszy od razu. Nie cudownie oczyszczony.