A ty musisz mieć swoje.
Drugie złudzenie: zdrowie.
Kiedy człowiek ma trzydzieści lat, ciało jest jak mieszkanie, które samo się sprząta. Możesz zarywać noce, jeść byle co, nie ruszać się, dźwigać, martwić się i jakoś rano wstać.
Po sześćdziesiątce ciało zaczyna wystawiać rachunki.
Po siedemdziesiątce już nie prosi.
Ono egzekwuje.
Najpierw mniej siły.
Potem gorszy sen.
Potem pamięć, która nagle chowa słowo gdzieś pod językiem.
Potem krok robi się krótszy, schody dłuższe, a reklamówka z Biedronki waży jak worek ziemniaków z dawnych czasów.
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek straszyć.
Piszę, bo wiele lat traktowałam zdrowie jak dodatek.
Jak coś, co jest, dopóki nie przeszkadza.
A teraz wiem: zdrowie to moja główna praca.
Nie wnuki.
Nie seriale.
Nie cudze oczekiwania.
Zdrowie.
Spacer, nawet krótki.
Ćwiczenia, choćby dziesięć minut.
Badania, kiedy trzeba.
Mniej cukru, mniej soli, mniej siedzenia z pilotem w ręku.
I najważniejsze: nie leczyć się strachem ani internetem.
Nie każdy gorszy dzień oznacza katastrofę.