Telefon nadal drżał mi w dłoni.
Druga wiadomość od Ethana była krótka, ale wystarczyła, żeby zimno przeszło mi po plecach.
„Nie otwieraj tej koperty od taty. Proszę”.
Za późno.
Przeczytałam to trzy razy. Raz jako matka. Drugi raz jako wdowa. Trzeci raz jako kobieta, która właśnie zaczęła rozumieć, że jej syn nie tylko wyrzucił ją z domu.
On bał się tego, co mogłam znaleźć.
Nie odpisałam.
Weszłam do kawiarni na rogu, tej samej, do której Michael lubił chodzić po pieczywo w sobotnie poranki. Usiadłam przy stoliku najbliżej okna, bo musiałam widzieć ulicę. Serce waliło mi tak mocno, że przez chwilę bałam się, że znowu trafię do szpitala.
Z koperty wypadł jeszcze jeden cienki papier. Wcześniej go nie zauważyłam, przykleił się do środka.
Była to wizytówka prawniczki z Austin.
Claire Benson.
Na odwrocie Michael napisał:
„Ona wie wszystko. Zadzwoń, zanim zadzwonisz do Ethana”.
Palce miałam zimne, ale wybrałam numer.
Kobieta odebrała po dwóch sygnałach.
– Pani Turner? – zapytała, zanim zdążyłam się przedstawić.
Zamarłam.
– Skąd pani wie?
Po drugiej stronie zapadła cisza. Nie długa, ale ciężka.
– Michael prosił, żebym czekała na pani telefon. Powiedział, że zadzwoni pani dopiero wtedy, kiedy Ethan przekroczy granicę.
Zamknęłam oczy.
Przez moment naprawdę chciałam się rozłączyć. Wrócić do starego życia, nawet jeśli już mnie z niego wyrzucono. Udawać, że to zwykła rodzinna awantura, że jutro Ethan przeprosi, że może kartkę napisał w złości.
Ale w głębi duszy wiedziałam, że nie.
– Jaką granicę? – spytałam.
Claire westchnęła cicho.
– Pani mąż kilka miesięcy przed śmiercią przepisał dom w Kirkland do funduszu rodzinnego. Nie na Ethana. Na panią. Ethan nigdy nie miał prawa zmienić zamków ani pani wyrzucić.
Poczułam, jak kawiarnia odpływa gdzieś na bok. Głosy ludzi przy ladzie przycichły. Nawet ekspres do kawy nagle brzmiał jak z innego pomieszczenia.
– Ale on mówił, że po śmierci Michaela wszystkim trzeba się zająć. Dokumentami, opłatami… Ja byłam wtedy…
– W żałobie – dokończyła Claire łagodnie. – I on to wykorzystał.
Nie obroniłam syna.
To było najgorsze.
Jeszcze tydzień wcześniej powiedziałabym: „Ethan by tego nie zrobił”. Jeszcze miesiąc wcześniej znalazłabym dziesięć usprawiedliwień. Stres. Długi. Zła narzeczona. Presja w pracy. Cokolwiek.
Ale kartka na drzwiach leżała przede mną w pamięci zbyt wyraźnie.
„Pijawka”.
Tak nazwał mnie chłopiec, któremu czytałam bajki, kiedy bał się burzy. Chłopiec, dla którego Michael pracował po godzinach, żeby wysłać go na studia. Mężczyzna, który teraz stał w moim domu i bał się, że otworzyłam kopertę.
– Co jest w Austin? – zapytałam.