— Biegły to oceni. A teraz proszę spojrzeć, kto miał być kupującym.
Spojrzałam.
Kupujący: Paweł Wesołowski.
Mój zięć próbował „kupić” moje mieszkanie za cenę o połowę niższą od rynkowej, z rozliczeniem poprzez „wcześniej poniesione koszty opieki i utrzymania”.
Koszty opieki.
Czyli moje gotowanie. Moje zakupy. Moje noce przy chorym wnuku. Mój pokój w schowku.
To wszystko wpisali jako dług, który rzekomo miałam wobec nich.
— Oni chcieli, żebym im jeszcze była winna — wyszeptałam.
Mecenas odsunęła dokument.
— Nie chcieli. Próbowali. To różnica.
Pierwsze wezwanie z policji przyszło do Pawła po trzech dniach.
Wtedy zaczęły się telefony.
Najpierw Marta.
— Mamo, Paweł mówi, że przesadziłaś. On tylko chciał uporządkować sprawy. Przecież mieszkanie stało puste.
— Nie stało puste. Wynajęliście je bez mojej zgody.
— Ale pieniądze szły na dom.
— Na czyj dom, Marta?
Płakała.
— Nie wiem już, co robić.
To zdanie kiedyś by mnie złamało. Wsiadłabym w autobus, przyjechała, ugotowała rosół, oddała kartę i jeszcze przeprosiła, że narobiłam kłopotu.
Tym razem zapytałam:
— Gdzie są pieniądze z najmu?
Cisza.
— Marta?
— Paweł zarządzał.
Oto cała moja córka w tamtym czasie. Na każde pytanie miała jedno nazwisko jako tarczę.
Paweł.
Pani Krystyna też zadzwoniła.
— Pani Heleno, starszym ludziom czasem miesza się w głowie. Niech pani nie niszczy młodym życia, bo potem zostanie pani sama.
— Już byłam sama, mieszkając z wami.
Rozłączyłam się.
Siódmego dnia po moim wyjściu pojechałam do mieszkania córki w towarzystwie mecenas Borkowskiej i dzielnicowego. Nie po to, żeby wrócić. Po swoje rzeczy.
Paweł otworzył drzwi w koszulce z napisem „family first”. Na mój widok zacisnął usta.
— To już z policją trzeba przychodzić do rodziny?
— Dla bezpieczeństwa — powiedziała mecenas.
W salonie Marta siedziała na kanapie, blada, z opuchniętymi oczami. Franek oglądał bajkę. Pani Krystyna demonstracyjnie mieszała herbatę.
— No proszę — rzuciła. — Wielka pani profesor przyszła po swoje skarby.
Nie odpowiedziałam.
Weszłam do mojego pokoju-schowka. Na wersalce leżały już spakowane worki. Nie walizki. Worki na śmieci.
Moje ubrania wrzucone byle jak. Książki z pozaginanymi okładkami. Zdjęcie męża pęknięte w rogu ramki.
Podniosłam je i przez chwilę nie mogłam oddychać.
Paweł stanął w drzwiach.
— Niech pani nie robi min. Nikt tego specjalnie nie niszczył.
Mecenas Borkowska odwróciła się do niego.
— Proszę wyjść z pokoju.
— To moje mieszkanie.
— Nie. To mieszkanie pańskiej żony i pana. Rzeczy pani Heleny są jej własnością. A pan jest osobą, wobec której toczy się postępowanie.
Paweł zrobił się czerwony.
— Ja tej kobiecie dawałem dach nad głową!
Wtedy nie wytrzymałam.
Odwróciłam się do niego z ramką w rękach.
— Dach? Trzymałeś mnie w komórce przy kuchni, brałeś moją emeryturę, wynająłeś moje mieszkanie, a na końcu chciałeś mi je sprzedać samemu sobie.
Marta zaczęła płakać głośniej.
— Mamo, proszę…
Spojrzałam na nią.
— Ty też słyszałaś, jak twój mąż upokorzył mnie za bułki. Nie powiedziałaś ani słowa.
— Bałam się.
— Ja też.
To jedno zdanie uciszyło ją bardziej niż krzyk.
Zabrałam swoje rzeczy. Wszystkie dokumenty, które zostały. Stare świadectwa pracy. Zdjęcia. Dwa swetry zrobione jeszcze przez moją matkę. W szufladzie znalazłam też coś, czego Paweł najwyraźniej nie zdążył wyrzucić.
Notes.
Mój mały notes z hasłami i numerami, w którym na ostatniej stronie zapisałam kiedyś dane do konta elektronicznego. Obok, świeżym długopisem, ktoś dopisał nowe hasło.
Nie moją ręką.
Mecenas zrobiła zdjęcie.
— To będzie ważne.
Postępowanie trwało miesiącami.