Usiadłam na łóżku obok niej i przez chwilę żadna z nas się nie odzywała. Mama patrzyła w okno, za którym żółkły liście jabłoni. Pomyślałam, że moja matka – kobieta, która przez czterdzieści lat prowadziła dom, wychowała dwoje dzieci, pracowała na poczcie, wieszała firanki, robiła przetwory, organizowała wigilie – teraz siedzi w cudzym pokoju, w cudzych kapciach, i nie ma nawet swoich figurek na półce.
– Mamo, chcesz, żebyś zamieszkała u mnie?
– U ciebie? Ale ty masz tę kawalerkę…
– Dam radę.
Mama popatrzyła na mnie i zobaczyłam w jej oczach coś, czego się nie spodziewałam. Nie radość. Nie ulgę. Strach.
– A Wojtek? Co powie Wojtek?
– Mamo, to nie Wojtek decyduje, gdzie mieszkasz.
– Ale on tyle zrobił…
I tu zrozumiałam najgorsze. Mama naprawdę wierzyła, że jest Wojtkowi winna. Że oddawanie całej emerytury to nie wykorzystywanie, tylko sprawiedliwość. Że kapcie Ani i pokój bez swoich rzeczy to cena, którą słusznie płaci za dach nad głową. Że nie ma prawa narzekać, bo mogłoby być gorzej. Bo mogłaby być w domu opieki. Bo przynajmniej jest z rodziną.
Porozmawiałam z Wojtkiem następnego dnia. Bez krzyku, bez oskarżeń. Powiedziałam mu, że mama prosi mnie o buty, bo nie ma na nie pieniędzy. Powiedziałam, że to mnie boli. Że chcę, żeby mama zatrzymywała choćby połowę emerytury. Że jeśli go nie stać na utrzymanie domu bez maminych pieniędzy, to może ja dołożę swoją część.
Wojtek milczał długo. Potem powiedział:
– Ja nie chciałem, żeby tak wyszło. Na początku mama sama zaproponowała, że będzie dawać na dom. Potem jakoś… zrobiło się z tego zasada. Ania mówiła, że to uczciwie, a ja… Nie wiem. Nie pomyślałem.
Nie wiem, czy mu wierzę do końca. Ale widziałam zmęczenie w jego oczach – nie wyrachowanie. Wojtek nie jest złym człowiekiem. Jest człowiekiem, który przejął odpowiedzialność, na którą nie był gotowy, i po drodze zgubił granicę między pomocą a kontrolą.
Mama nadal mieszka u Wojtka. Nie chciała się przenosić – powiedziała, że w jej wieku nie chce znowu zaczynać od początku. Ale od listopada zatrzymuje połowę emerytury. Wojtek zgodził się bez protestu. Ania milczała – nie wiem, co to milczenie znaczy.
W zeszłym tygodniu mama zadzwoniła i powiedziała, że kupiła sobie rajstopy i krem do rąk. Brzmiała tak, jakby opowiadała o wygranej na loterii.
Brązowe buty stoją u niej w pokoju, przy łóżku. Pewnie ja