Mama mieszka u brata “na wszystkim gotowym”. W październiku poprosiła, żebym kupiła jej buty na zimę, bo nie chce prosić Wojtka. Przy herbacie wyszło, że całą emeryturę oddaje co miesiąc jemu. Na buty prosi mnie.
Buty leżały na wystawie w sklepie przy Kościuszki – brązowe, ocieplane, z niskim obcasem. Normalnie bym przeszła obok. Ale mama stała obok mnie i patrzyła na nie tak, jakby patrzyła na coś niedostępnego. Na buty za sto kilkadziesiąt złotych.
– Marzena, mogłabyś mi je kupić? – powiedziała cicho, prawie szeptem. – Nie chcę prosić Wojtka.
Nie zdziwiłam się, że mama potrzebuje butów. Zdziwiłam się, że prosi mnie zamiast brata, u którego mieszka od trzech lat. Na wszystkim gotowym – tak to nam przedstawiono, kiedy po śmierci taty trzeba było podjąć decyzję. Wojtek ma dom, Wojtek ma miejsce, Wojtek się zaopiekuje.
Kupiłam buty bez słowa. Dopiero przy herbacie w kawiarni naprzeciwko wszystko zaczęło wychodzić na jaw.
Pracuję w aptece na Grabiszynie od dwudziestu dwóch lat. Recepty, leki, kolejki emerytów co miesiąc po te same tabletki na ciśnienie i serce. Znam ten świat na wylot – starszych ludzi, którzy liczą każdą złotówkę, którzy pytają, czy jest tańszy zamiennik, którzy dzielą opakowanie na dwa miesiące, bo tak wychodzi taniej. Myślałam, że moja mama do tego świata nie należy. Że u Wojtka jest jej dobrze. Że nie musi liczyć.
Mama siedziała naprzeciwko mnie w tej kawiarni z filiżanką herbaty, którą obejmowała obiema rękami, jakby szukała ciepła. Październikowe słońce wpadało przez szybę, oświetlając jej twarz – pomarszczoną bardziej, niż pamiętałam. Schudła. To zobaczyłam dopiero teraz, w jasnym świetle dnia, nie w ciemnym przedpokoju u Wojtka, gdzie zawsze się spotykałyśmy na chwilę.
– Mamo, dlaczego nie poprosisz Wojtka o buty? Przecież mieszkasz u niego, on powinien…
– Bo ja mu daję emeryturę – powiedziała to tak, jakby mówiła o pogodzie. – Całą. Co miesiąc. Na początku miał być to tylko dołożek do rachunków, ale Wojtek powiedział, że jak mieszkam i jem, to uczciwie będzie, jeśli… No, tak to nazwał. Uczciwie.
Postawiłam filiżankę na spodku. Odgłos porcelany o porcelanę wydał mi się za głośny.
– Całą emeryturę?
– No, całą. Przelewam mu pierwszego.
– A jak potrzebujesz czegoś? Leku, kremu, rajstop?
Mama wzruszyła ramionami. Tym gestem, który znałam od dziecka – odrobinę bezradnym, odrobinę pogodzonym.
– Czasem Wojtek da mi stówkę. Jak poprosię. Ale nie lubię prosić, bo Ania – tu odwróciła wzrok – Ania robi wtedy taką minę. Jakbym była… Nie wiem. Jakbym była kłopotem.
Ania to żona Wojtka. Kobieta, która na każdej rodzinnej uroczystości uśmiechała się idealnie, nakrywała stół obrusem lnianym i mówiła do mamy “mamciu”. Mamciu, proszę usiąść. Mamciu, zrobię herbatkę.
Wracałam do domu autobusem i nie mogłam przestać myśleć. Trzy lata. Trzy lata mama mieszka u Wojtka, a ja byłam u niej może dwanaście razy. Zawsze na chwilę, zawsze w pośpiechu – wpadnę, pocałuję, zostawię ciasto i lecę. Mama zawsze stała w drzwiach i machała mi na pożegnanie, a ja odjeżdżałam z poczuciem, że zrobiłam swoje. Że mama jest zaopiekowana. Bo Wojtek tak mówił. Bo Wojtek obiecał.
Zadzwoniłam do niego jeszcze tego wieczoru. Próbowałam spokojnie.
– Wojtek, mama mi powiedziała, że oddaje ci całą emeryturę. To prawda?
Cisza. Potem głęboki oddech.
– Marzena, ty nie wiesz, ile kosztuje utrzymanie domu. Gaz, prąd, jedzenie, woda. Mama mieszka za darmo, ja za nią płacę ogrzewanie, ja robię zakupy. To nie jest tak, że ja ją wykorzystuję. Gdybyś ją wzięła do siebie, tobym jej nie brał ani grosza.
To ostatnie zdanie uderzyło mnie jak policzek. Nie dlatego, że było złośliwe – Wojtek nie powiedział tego złośliwie. Powiedział to zmęczonym głosem człowieka, który czuje, że dźwiga za dużo i nikt tego nie widzi.
Przez chwilę chciałam się z nim kłócić. Powiedzieć, że obiecał. Że sam się zgłosił. Że na rodzinnej naradzie po pogrzebie taty mówił, że mama u niego będzie miała spokój, że to oczywiste, bo ma dom z ogrodem, a ja – kawalerkę w bloku. Mamino mieszkanie na osiedlu sprzedaliśmy pół roku później – pieniądze poszły po połowie na nas dwoje. Wojtek mówił, że to logiczne, skoro mama i tak już u niego mieszka. Wtedy brzmiało to rozsądnie.
Ale przypomniałam sobie coś innego. Wojtek po pogrzebie taty, blady, z podkrążonymi oczami, jak mówił do mnie w kuchni: “Marzena, ja wiem, że to na mnie spadnie. Tak jak zawsze.” Wtedy zignorowałam te słowa. Wzięłam je za męskie narzekanie.
A może Wojtek też tonął – po cichu, po swojemu – i nikt go nie pytał, jak sobie radzi.
Pojechałam do mamy w sobotę. Nie na chwilę, nie z ciastem pod pachą. Pojechałam posiedzieć. Mama otworzyła drzwi i zobaczyłam, że ma na nogach kapcie Ani – za duże, wytarte, z odklejającą się podeszwą. W domu pachniało rosołem, ale mama powiedziała, że to Ania gotuje, a ona tylko “nie przeszkadza”.
Pokój mamy był mały – dawny gabinet Wojtka, przerobiony na sypialnię. Łóżko, szafka, telewizor. Na parapecie sztuczny kwiatek i zdjęcie taty. Na krześle złożony koc. Czysto, schludnie, ale jakoś pusto. Brakowało maminych rzeczy – tej narzuty szydełkowej, którą robiła latami, figurek z Zakopanego, albumu ze zdjęciami wnuków.
– Mamo, a gdzie twoje rzeczy? Ta narzuta, figurki?
– W piwnicy. Ania powiedziała, że kurzy się od nich i trudno sprzątać.