„Dwudziestodziewięcioletnia kobieta” – głos ratownika medycznego przebił się przez mgłę, profesjonalny i urywany. „Ostry ból brzucha, upadła na parkingu lokalu gastronomicznego, niebezpiecznie niskie ciśnienie krwi”.
Próbowałam otworzyć oczy, żeby zakomunikować ogrom bólu, ale moje ciało odmówiło współpracy. Zanim zdążyłam jęknąć, usłyszałam ją.
„Ona to robi” – głos Chloe zniżył się, przeplatany irytującym, zdyszanym śmiechem, który drażnił moje nerwy. Brzmiała, jakbym właśnie popełniła gafę towarzyską, na przykład wylała czerwone wino na jej nieskazitelną suknię ślubną. „No, może nie dokładnie to, ale ona robi się dramatyczna, kiedy jest zestresowana”.
Zacisnęłam oczy, pragnąc, żeby ból ustąpił, pragnąc obudzić się z tego koszmaru. Ale ból znów się rozgorzał, niczym palące, rozżarzone ostrze drapiące moje żebra.
„Nie jestem…” – wydyszałam, słowa szarpały mnie za gardło, a w ustach rosła mi gorzka żółć. „Nie udaję”.
Pielęgniarka z triażu pochyliła się nade mną, a jej twarz była zamglona z niepokojem. „Proszę pani, w skali od jednego do dziesięciu…”
„Dziesięć” – wydusiłam z siebie ochrypłym szeptem. „Nie, jedenaście”.
Przez mgłę dostrzegłam Chloe. Wyglądała nieskazitelnie, jak zawsze, ubrana w kaszmirowy sweter, który prawdopodobnie kosztował więcej niż mój miesięczny czynsz. Skrzyżowała ramiona w geście obronnym, a ogromny diamentowy pierścionek zaręczynowy na jej palcu odbijał ostre szpitalne światło, rażące przypomnienie zbliżającej się królewskiej koronacji, którą moja matka aranżowała przez ostatni rok. Sześć dni. Tylko tyle zostało do wielkiego wydarzenia, które pochłonęło każdą chwilę mojej rodziny.
A potem pojawiła się moja matka, Eleanor. Nie zdyszała się ze strachu czy zmartwienia; zdyszała się z czystej, nieskrywanej irytacji.
„Co się stało, Harper?” – zapytała ostrym, oskarżycielskim głosem.