– Ale dlaczego ja o tym nie wiedziałam? – zapytałam, i głos mi się załamał nie ze złości, ale z czegoś duż
o gorszego.
Janusz odstawił kubek.
– Bo pani mama nie chciała, żeby pani myślała, że sobie nie radzi. – Pomilczał chwilę. – Mówiła, że pani ma swoje życie, swoje problemy. Że nie chce być ciężarem.
Siedziałam w tej kuchni i czułam, jak coś mi się rozpada w środku. Nie koperta mnie zabolała. Nie pieniądze. Zabolała mnie ta niedzielna kolacja dla dwojga, o której nigdy nie wiedziałam. Te rosoły, które mama gotowała nie dla mnie. Te spacery na cmentarz, na które nigdy nie miałam czasu. Janusz nie zabrał mi mamy. Janusz zajął miejsce, które ja zostawiłam puste.
Pieniądze to były oszczędności mamy z lat. Odkładała po trochu – ze świątecznych kopert od kuzynki, ze sprzedanych kryształów, z tego co zostawało po rachunkach w lepszych miesiącach.
Dwadzieścia tysięcy zebranych przez lata, grosz do grosza, żeby Janusz nie został z niczym, gdyby ona odeszła pierwsza. Bo Janusz też żył z emerytury, która na niewiele starczała. Bo nikt inny się o niego nie troszczył – syn w Anglii dzwonił raz na dwa miesiące, podobnie jak ja do mamy. I mama to widziała. Rozumiała to lepiej niż ktokolwiek.
Zaniosłam mu te pieniądze. Nie chciał wziąć, odmawiał, machał rękami. W końcu powiedział:
– Pani Halinka kazała, to biorę.
Pani Halinka kazała. Sześć lat codziennych wizyt, obiadów, spacerów i zakupów – i on mówił o niej z taką czułością, z jaką ja dawno o mamie nie mówiłam.
Jechałam do domu tramwajem przez ciemną Warszawę i myślałam o tych niedzielnych telefonach. Dwadzieścia minut, raz w tygodniu. Pytałam – jak zdrowie, mama? Czy czegoś potrzeba? Mama mówiła – dobrze, córeczko, nie martw się. I ja się nie martwiłam. Bo tak było wygodniej.
Teraz jest kwiecień. Mieszkanie mamy stoi puste, czekam na wycenę. Janusz dzwoni do mnie w niedzielę. Nie wiem, czy to przyzwyczajenie, czy potrzeba. Rozmowy są krótkie, niezręczne. Mówi o pogodzie, o kocie sąsiadki, o tym, że bzy pod blokiem zaraz zakwitną. Kiedyś powiedział – pani mama bardzo panią kochała. Pani to wie, prawda?
Wiem, pomyślałam. Ale powiedziałam coś innego.
– Proszę mówić mi Teresa.