
Mąż całe życie twierdził, że nie utrzymuje kontaktu z nikim z rodziny. Po jego pogrzebie dostałam paczkę z Irlandii – w środku były wspólne zdjęcia z kobietą i dwójką dzieci, a na odwrocie daty pokrywające się z jego “wyjazdami służbowymi”
– Mamo, tu jest paczka dla ciebie. Z Irlandii – powiedziała Kasia, stawiając na stole brązowe pudełko oklejone celnymi naklejkami.
Spojrzałam na nią znad rachunków. Dwa tygodnie po pogrzebie Bogdana, a ja wciąż siedziałam w kuchni nad papierami – ubezpieczenie, ZUS, bank, wypis z aktu zgonu w trzech kopiach. Życie po śmierci męża okazało się papierkową robotą.
– Z Irlandii? – powtórzyłam. – Nikogo tam nie znamy.
– No właśnie – Kasia obracała pudełko w rękach. – Nadawca jakaś kobieta… nie umiem przeczytać nazwiska. Coś na O, apostrofy.
Wzięłam od niej paczkę. Była lekka, wielkości pudełka po butach. Wypisana starannym, okrągłym pismem. Adres nasz – dokładny, z kodem pocztowym, z numerem mieszkania. Ktoś go dobrze znał.
Otworzyłam ją dopiero wieczorem, kiedy Kasia wróciła do siebie na Ruczaj. Siedziałam sama w kuchni, z herbatą, która zdążyła wystygnąć, i przecięłam taśmę nożyczkami. W środku leżały zdjęcia – może dwadzieścia, może trzydzieści. I krótki list, po angielsku, napisany tym samym starannym pismem.