Patrzałam na nasze wspólne zdjęcia i próbowałam zobaczyć kłamstwo – w jego oczach, w uśmiechu, w sposobie, w jaki obejmował mnie w ramię na zdjęciu z Krynicy. Nie widziałam. Widziałam Wiesława, którego znałam – spokojnego, obecnego, nucącego pod nosem przy goleniu.
Marcin zadzwonił w niedzielę i od razu wyczuł.
– Mamo, wszystko w porządku?
– Tak, synku. Zmęczona jestem.
– To nie jest zmęczenie. To jest ten sam głos, który miałaś, jak tata umarł.
Nie powiedziałam mu. Nie wtedy. Nie wiedziałam, jak powiedzieć synowi, że jego ojciec – ten sam, który uczył go jeździć na rowerze na osiedlowym parkingu i naprawiał mu magnetofon trzy razy, bo “nie wyrzuca się rzeczy, które można naprawić” – miał drugie życie w pensjonacie w Zabierzowie, pokój numer siedem, pierwszy piątek miesiąca.
Pojechałam tam. Nie wiem, czego szukałam – może chciałam zobaczyć to miejsce, żeby w końcu stało się prawdziwe. Pensjonat okazał się ładny, spokojny, z ogrodem i starą jabłonią. Recepcjonistka – młoda, uprzejma – zapytała, czy chcę zarezerwować pokój.
– Nie – odpowiedziałam. – Chciałam tylko zapytać… Mój mąż tu bywał. Wiesław Majewski. Pan z Częstochowy, wysoki, siwe włosy, zawsze w pierwszym…
– W pierwszym piątku – dokończyła za mnie i momentalnie zbladła.
Więc go znali. Więc to było realne – nie koszmar, nie pomyłka, nie moja chora wyobraźnia. Stałam w holu pensjonatu, w którym mój mąż spędzał każdy pierwszy piątek od lat, i jedyne, o czym myślałam, to o tym, że jabłoń w ogrodzie pewnie kwitnie w maju i że Wiesław ją widział, a ja nie.
Recepcjonistka nie chciała mi powiedzieć nic więcej. Przepraszała, patrzyła w bok, przegarniała długopis po blacie. Zrozumiałam – nie musiała. Wystarczył jej wzrok, to natychmiastowe rozpoznanie imienia i ten urwany oddech.