Mąż nigdy nie chciał jechać nad morze. Przez 32 lata wakacje spędzaliśmy na działce. Po jego śmierci znalazłam w szufladzie jego biurka sześć biletów kolejowych Warszawa-Kołobrzeg. Wszystkie z ostatnich dwóch lat. Wszystkie na jedno miejsce
– O czym?
– O wszystkim. O młodości. O technikum. O ludziach, których już nie ma. Staszek w Warszawie nie miał z kim o tym gadać.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż wszystko inne. Bo to była prawda. Stanisław nie miał z kim gadać. Ze mną rozmawiał o rachunkach, o przeciekającym kranie, o tym, że Tomek powinien w końcu zdać na prawo jazdy. Ale o sobie – o tym, kim był, zanim stał się moim mężem – nie mówił nigdy. A ja nigdy nie pytałam.
– Pani Halino – powiedziała Janina ostrożnie – ja wiem, co pani teraz myśli. Ale to nie było to, co pani myśli. Mieliśmy po sześćdziesiąt kilka lat. Siedzieliśmy na ławce i patrzyliśmy na mewy.
– Ale on mi nie powiedział – odpowiedziałam.
– Bo się bał, że pani nie zrozumie.
Miała rację. Nie zrozumiałabym. Gdyby Stanisław powiedział mi, że chce jeździć do Kołobrzegu odwiedzać koleżankę z technikum, zapytałabym po co, i czy mu ze mną źle, i czy ja mu nie wystarczam. Bo taka jestem. Zawsze byłam. A on znał mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że łatwiej kłamać niż wyjaśniać.
To jest chyba najsmutniejsza rzecz w tym wszystkim. Nie to, że jeździł. Nie to, że miał kogoś, z kim mógł porozmawiać o mewach i o technikum. Ale to, że przez trzydzieści dwa lata nie wierzył, że mógłby mi to powiedzieć.
A może najsmutniejsza jest ta druga rzecz – że miał rację.
Biletów nie wyrzuciłam. Leżą na półce w przedpokoju, obok jego kluczy, których też nie potrafię wyrzucić. Czasem biorę je do ręki i patrzę na te daty, na to miejsce – wagon drugi, czterdzieste trzy – i myślę o Stanisławie, który siadał przy oknie i patrzył, jak Polska przejeżdża za szybą.
Do Janiny nie zadzwoniłam więcej. Ale nie skasowałam jej numeru.
Może kiedyś pojadę do Kołobrzegu. Może usiądę na tej ławce, na której siadał z nią mój mąż, i zobaczę te mewy. Może wtedy zrozumiem, czego szukał. Albo czego u mnie nie znalazł.
A może po prostu nigdy nie pojadę. Bo przecież nad morze nie ma po co jeździć. Tak mówił Stanisław. I ja już prawie mu uwierzyłam.