Mąż nigdy nie chciał jechać nad morze. Przez 32 lata wakacje spędzaliśmy na działce. Po jego śmierci znalazłam w szufladzie jego biurka sześć biletów kolejowych Warszawa-Kołobrzeg. Wszystkie z ostatnich dwóch lat. Wszystkie na jedno miejsce
– Pani Halino, niech pani jeszcze nie sprząta tych rzeczy – powiedziała sąsiadka Krysia, kiedy weszła do przedpokoju i zobaczyła otwartą szafę. – Za wcześnie.
Ale ja nie sprzątałam. Szukałam. Sama nie wiedziałam czego, ale od pogrzebu Stanisława chodziłam po mieszkaniu i otwierałam szuflady, szafki, kieszenie kurtek. Jakbym szukała czegoś, co mi zostawi – kartki, listu, czegokolwiek, co by powiedziało więcej niż to, co zdążył powiedzieć za życia. A Stanisław za życia mówił niewiele.
Bilety znalazłam trzeciego dnia. Sześć sztuk, w szufladzie jego biurka, pod starą mapą samochodową i instrukcją od wiertarki. Bilety kolejowe. Warszawa Centralna – Kołobrzeg. Wszystkie z ostatnich dwóch lat, wszystkie na jedno miejsce – wagon drugi, miejsce czterdzieste trzy. Jak gdyby rezerwował to samo za każdym razem.
Stałam z nimi w przedpokoju i nie mogłam zrozumieć jednej rzeczy. Przez trzydzieści dwa lata naszego małżeństwa Stanisław powtarzał jedno zdanie: nad morze nie ma po co jeździć.
Przez trzydzieści dwa lata wakacje wyglądały tak samo. Działka w Legionowie, pomidory, ogórki, grill w sobotę, mecz w telewizji. Ja prosiłam – Stasiu, pojedźmy choć na tydzień, choć do Ustki, choć do Łeby. On kręcił głową. Na działce jest wszystko, czego trzeba. Morze to tłumy, piasek w butach i drogie jedzenie.
A jednak jeździł. Sam. Potajemnie.
Siedziałam z tymi biletami do wieczora. Potem zaczęłam sprawdzać daty. Pierwszy – kwiecień zeszłego roku. Potem czerwiec, wrzesień, listopad. W tym roku – luty i marzec. Marzec – trzy tygodnie przed śmiercią.
W kwietniu zeszłego roku Stanisław powiedział, że jedzie do brata do Kutna naprawić mu ogrodzenie. W czerwcu – że kolega z dawnej pracy obchodzi sześćdziesiątkę. We wrześniu nie pamiętam, co mówił. W lutym tego roku – że jedzie po części do samochodu, bo w Warszawie za drogo.
Kłamał. Spokojnie, bez zająknięcia, bez mrugnięcia. Każdy z tych wyjazdów trwał dwa, może trzy dni. Wracał zmęczony, ale jakiś inny. Teraz rozumiem – lżejszy. Jakby odłożył coś ciężkiego, choć na chwilę.
Sprawdziłam jego telefon. Stary, z klapką, bez haseł. W kontaktach – kilkadziesiąt numerów, większość oznaczonych inicjałami. Jeden numer miał przy sobie literkę K i niebieską kropkę – jakby zaznaczony jako ważny. Numer z Kołobrzegu, prefiks 94.
Tydzień trzymałam ten numer w dłoni i odkładałam telefon. Wyobrażałam sobie różne rzeczy. Kobietę. Młodszą. Mieszkanie nad morzem, herbatę we dwoje, spacery po plaży – to wszystko, o co ja prosiłam przez lata i czego mi odmawiał. W głowie układałam scenariusze, każdy gorszy od poprzedniego.
Zadzwoniłam w piątek, po południu. Odebrała kobieta. Głos starszy, spokojny, ciepły.
– Słucham?
– Dzień dobry, ja… Jestem żoną Stanisława. Stanisława Kowalczyka.
Cisza. Długa, ale nie przestraszona. Raczej smutna.
– Wiedziałam, że pani kiedyś zadzwoni – powiedziała. – On wszystko chował, ale źle chował.
Nazywała się Janina. Miała sześćdziesiąt pięć lat. Znali się od młodości – razem chodzili do technikum w Płocku. Byli parą przed moim czasem, zanim Stanisław przyjechał do Warszawy, zanim trafił na tę fuchę w fabryce na Woli, zanim poznał mnie na zabawie u znajomych.
Rozstali się, bo tak wyszło – on pojechał do Warszawy, ona do Kołobrzegu za pracą. Nie kłócili się, nie było dramatu. Po prostu życie poszło w dwie strony, jak to życie.
– Nie spotykaliśmy się przez ponad trzydzieści lat – powiedziała Janina. – Odnalazł mnie dwa lata temu. Napisał list na adres, który pamiętał z młodości. List wrócił, ale Staszek był uparty – zadzwonił do urzędu meldunkowego, potem do jakiegoś znajomego.
Siedziałam przy kuchennym stole, z telefonem przy uchu i pustą filiżanką po kawie. Na ścianie wisiało nasze zdjęcie z dwudziestej piątej rocznicy ślubu – ja w perłowym naszyjniku, on w krawacie, oboje sztywni jak kołki.
– I co robiliście? – zapytałam, choć nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć.
– Spacerowaliśmy – powiedziała Janina. – On przyjeżdżał, szliśmy na molo, potem do takiej kafejki przy ulicy Morskiej. Jedliśmy rybę, piliśmy kawę. Rozmawialiśmy. Dużo rozmawialiśmy.