Po wyjeździe córki zostałam w tym wynajętym mieszkaniu sama. Dwa pokoje, kuchnia z widokiem na parking, łazienka z kafelkami w kolorze łososiowym, które nienawidziłam od pierwszego dnia. I cisza. Taka cisza, w której słychać tykanie zegara i kapanie kranu.
Ale konto rosło. Powoli, ale rosło.
Na wiosnę zeszłego roku zadzwoniłam do banku. Kobieta po drugiej stronie przejrzała moje dokumenty, historię dochodów, oszczędności. Powiedziała, że jestem na dobrej drodze. Że przy moich dochodach i wkładzie własnym mogę liczyć na kredyt na małą kawalerkę. Powiedziała “małą kawalerkę” takim tonem, jakby się tłumaczyła. Nie wiedziała, że dla mnie te dwa słowa brzmiały jak “pałac królewski”.
Znalazłam ją na Wyżynach. Trzydzieści dwa metry kwadratowe, drugie piętro, okno wychodzące na kasztanowce. Kuchnia aneksowa, łazienka wielkości szafy i jeden pokój, w którym musiałam zdecydować – albo sofa, albo stół. Wybrałam sofę. Stół mogę złożyć.
Klucze odebrałam w zeszły czwartek. Pani w biurze podała mi dwa klucze na metalowym kółku i powiedziała “gratulacje”. Wyszłam na ulicę, usiadłam na ławce pod biurem i płakałam. Nie ze smutku. Z ulgi. Z dumy. Z czegoś, na co nie mam dobrego słowa – takiego poczucia, że grunt pod nogami jest wreszcie mój. Że nikt mi go nie zabierze. Że żaden telefon nie może tego zmienić.
A telefon zadzwonił. Wczoraj. Numer Dariusza.
Zuzia musiała mu powiedzieć. Nie winię jej – rozmawiała z ojcem co tydzień, opowiadała mu o studiach, o praktykach, o życiu. Pewnie wspomniała mimochodem – “mamo odebrała klucze do mieszkania”. Nie pomyślała, że to coś, o czym Dariusz nie powinien wiedzieć.
– Jola, słyszałem, że kupiłaś mieszkanie – powiedział. Głos miał taki sam jak sześć lat temu. Trochę za spokojny, trochę za miły. – Chciałbym pogadać. Może spotkamy się na kawę?
Stałam w swojej kawalerce, w pustym pokoju pachnącym farbą i nowością, i patrzyłam na kasztanowce za oknem, które właśnie zaczynały kwitnąć. I myślałam o tym, co Dariusz powiedział sześć lat temu. “Sama sobie nie poradzisz”. Myślałam o zeszycie w kratkę. O nocach przy maszynie do szycia. O każdym jarmarku w deszczu, na którym stałam ze swoimi torbami.
– Dariusz – powiedziałam. – Nie mamy o czym gadać.
Cisza. Długa cisza.
– Jola, posłuchaj…
– Nie – przerwałam mu. Spokojnie, bez krzyku, bez żalu. – Nie muszę słuchać. Przez sześć lat nie dzwoniłeś, żeby zapytać, czy mam na czynsz. Nie dzwoniłeś, kiedy Zuzia pisała maturę, a ja nie miałam za co kupić jej kalkulatora. Teraz słyszysz, że mam mieszkanie, i nagle chcesz gadać.
Wiedziałam, co chciał powiedzieć. Że z Beatą nie wyszło – Zuzia mi o tym wspomniała pół roku temu, ostrożnie, jakby sprawdzała, czy mnie to obchodzi. Że wrócił do wynajmowania. Że jest sam.
– Pogadać możesz z kimś innym – powiedziałam. – Ja mam jutro malowanie kuchni.
Rozłączyłam się i odłożyłam telefon na parapet. Na ten parapet, który był mój. W mieszkaniu, które było moje. Przy oknie, przez które widziałam kwitnące kasztanowce i kawałek nieba.
Trzydzieści dwa metry. Jeden pokój. Sofa zamiast stołu. Ściany do pomalowania i kran, który lekko cieknie.
Nigdy w życiu nie miałam więcej.