Pierwsze tygodnie po odejściu Dariusza pamiętam jak przez mgłę. Zuzia chodziła po mieszkaniu na palcach, jakby się bała, że podłoga się pod nami zarwie. Wynajmowałyśmy razem to samo dwupokojowe mieszkanie, które wcześniej opłacaliśmy z Dariuszem. Tyle że teraz cały czynsz spadł na mnie. Z alimentów przychodziło niewiele – Dariusz twierdził, że ma nowy kredyt, nowe zobowiązania. Z Beatą kupili kawalerkę na Fordoniu, więc – jak tłumaczył – ledwo wiązał koniec z końcem.
Rozumiałam arytmetykę. Nie rozumiałam, dlaczego to ja miałam płacić za jego nowy początek.
Przez pierwszy rok liczyłam każdą złotówkę. Dosłownie – miałam zeszyt, zwykły zeszyt w kratkę, i zapisywałam każdy wydatek. Chleb, masło, bilet miesięczny Zuzi, rachunki za prąd. W pracowni brałam wszystko, co się nawinęło – poprawki za grosze, szycie firan, nawet cerowanie mundurków szkolnych, za które matki płaciły po dwadzieścia złotych. Wieczorami, kiedy Zuzia szła spać, siadałam przy maszynie i robiłam to, czego za dnia nie zdążyłam.
Cel pojawił się w drugim roku. Usłyszałam w radiu audycję o programie Mieszkanie na Start i zaczęłam się zastanawiać. Wkład własny – to było to magiczne słowo. Dziesięć procent. Przy małej kawalerce w Bydgoszczy, nie w centrum, nie na nowym osiedlu, ale gdzieś na Wyżynach albo Błoniu – to było do ogarnięcia. Nie za rok, nie za dwa. Ale może za pięć.
Otworzyłam osobne konto oszczędnościowe. Nie powiedziałam nikomu – nawet Zuzi. Nie dlatego, że jej nie ufałam. Dlatego, że bałam się, że powiem na głos i się nie uda. Że los usłyszy i coś mi zabierze.
Brałam nadgodziny. Brałam dodatkowe zlecenia. Zaczęłam szyć torby z resztek materiałów i sprzedawać na jarmarkach. Uczyłam się nowych rzeczy – tapicerka, odnawianie starych foteli. Było mi za ciężko, żeby o tym myśleć. Więc nie myślałam. Robiłam.
Zuzia zdała maturę, dostała się na pielęgniarstwo we Wrocławiu. Byłam z niej dumna tak bardzo, że aż mnie bolało w piersi. Kiedy pakowała walizki, przysiadła na łóżku i powiedziała:
– Mamo, jak sobie poradzisz sama?
Uśmiechnęłam się, chociaż gardło miałam ściśnięte.
– Radzę sobie sama od sześciu lat, Zuziu. Poradzę sobie dalej.