Bartek ma dziś dwadzieścia trzy lata. Pracuje w magazynie pod Radomiem, jeździ do pracy samochodem, który kupił za własne pieniądze. Dawid skończył dwadzieścia jeden lat, studiuje zaocznie i dorabia na budowach.
Są dobrymi chłopakami. Nie powiedzieli ani jednego złego słowa o ojcu, bo ja im na to nie pozwalałam. Ale też nie powiedzieli o nim ani jednego dobrego słowa, bo na to nie mieli powodu.
Leszek przez te trzynaście lat pojawiał się sporadycznie. Na komunię Bartka przyszedł z nową partnerką – Agnieszką. Ładna kobieta, młodsza ode mnie o dziesięć lat, z blond pasemkami i lakierowanymi paznokciami. Pamiętam, bo Dawid powiedział potem:
– Mamo, a dlaczego tata przyszedł z tą panią?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Powiedziałam, że tata ma nowe życie. Dawid pokiwał głową, jakby rozumiał. Miał dziesięć lat.
Na komunię Dawida Leszek już nie przyszedł. Nie dzwonił na urodziny. Raz w roku, mniej więcej koło świąt, przysyłał SMS-a. Krótki, jakby pisał do znajomego z pracy, a nie do własnych synów.
A potem było to, co było. Ja pracowałam dalej. Pralka mi się zepsuła trzy lata temu i od tamtej pory prałam w starej beczce Frania, którą pani Halina miała w piwnicy. Nie dlatego, że nie mogłam kupić nowej – mogłam, na raty. Ale raty to było coś, czego nie chciałam mieć w życiu. Raty to poczucie, że coś wiszę.
Że coś mnie trzyma. Więc odkładałam. Miesięcznie trochę, trochę z trzynastki, trochę z premii. I w zeszłym miesiącu poszłam do sklepu AGD przy Żeromskiego i kupiłam pralkę. Białą. Samsung. Zapłaciłam kartą i kobieta przy kasie zapytała, czy chcę paragon na maila. Powiedziałam, że na papierze. Chciałam go mieć. Schowałam do szuflady, pod książeczkę zdrowia chłopaków i akty urodzenia.
I właśnie wtedy, kiedy stałam przy tej pralce i patrzyłam, jak kręci się bęben z pierwszą porcją ręczników, zadzwoniła Grażyna.
– On naprawdę nie ma gdzie mieszkać, Jolka – mówiła. – Agnieszka zmieniła zamki. Został z jedną torbą. Teraz jest u mnie, ale wiesz, u mnie mąż, wnuki, nie ma miejsca na dłużej.
Milczałam. Pralka szumiała cicho. Nowa, więc jeszcze nie wibruje, nie skacze po kafelkach, nie trzeba jej trzymać kolanem jak tamtej starej.
– Jolka, słyszysz mnie?
– Słyszę.
– On jest w złym stanie. Schudł, nie pracuje od pół roku. Agnieszka go utrzymywała pod koniec, a potem miała dość.
I wtedy poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość. Nie satysfakcję. Nie triumf. Poczułam zmęczenie. To samo zmęczenie, które znałam z tamtych lat – kiedy trzeba było wstać o piątej, chociaż człowiek dopiero co zasnął.
– Grażyna – powiedziałam spokojnie – a czemu dzwonisz do mnie, a nie do swoich rodziców? Albo do kogoś innego?
– Bo ty jesteś jego żoną.
– Byłą żoną. Od jedenastu lat.
– Ale jesteście matką jego dzieci. Chłopcy go potrzebują.