Mąż odszedł do młodszej, kiedy miałam pięćdziesiąt cztery lata. Zostawił mi kredyt i psa. Przez rok jadłam tylko zupki w proszku. Wczoraj dostałam klucze do kawalerki, którą kupiłam sama
Wojciech napisał raz. SMS w październiku, pół roku po rozwodzie. Cztery słowa – jak się czujesz, pozdrawiam. Nie odpisałam. Nie ze złości. Nie miałam mu nic do powiedzenia. Kiedyś myślałam, że jeśli kiedykolwiek się odezwie, powiem mu wszystko – że mnie zniszczył, że jedyne, co mi zostawił, to psa i dług, że budził się we mnie każdej nocy o trzeciej.
Ale kiedy przyszła ta wiadomość, poczułam tylko zmęczenie. To było za mało i za późno, a ja miałam zamówienie na sto dwadzieścia pierogów i nie było czasu na sentymenty.
Rok i osiem miesięcy od pierogów Hani. Wczoraj stałam w pustej kawalerce na Szczepinie, dwadzieścia osiem metrów kwadratowych, trzecie piętro, okno na południe. Pani z biura nieruchomości podała mi klucze i powiedziała – gratulacje. Wzięłam je i stałam tak, z kluczami w jednej ręce i smyczą Figi w drugiej, i płakałam. Nie z radości. Nie ze smutku. Z czegoś pomiędzy, co nie ma nazwy.
To nie jest mieszkanie dla mnie. To jest moja ucieczka z tamtego kredytu, z tamtego mieszkania, w którym wszystko pachnie Wojciechem i wspólnymi latami. Chcę się stamtąd wyprowadzić. Chcę zamieszkać w miejscu, którego on nigdy nie widział i nigdy nie zobaczy.
Hania z parteru dowiedziała się o kawalerce i przyszła wieczorem z butelką wina. Usiadłyśmy w kuchni, Figa weszła jej na kolana, a Hania powiedziała:
– Krysiu, a pamiętasz, jak płakałaś na klatce z tym dwudziestozłotowym?
Pamiętam. Pamiętam każdy dzień od tamtego czwartku w marcu. Ale nie chcę już o tym mówić. Chcę gotować. Chcę wstawać rano i wiedzieć, że ten dzień jest mój. Że rata jest moja, garnek jest mój, firma jest moja, a Figa leży pod moim stołem.
Jutro mam zamówienie na wesele – sto pięćdziesiąt osób. Muszę wstać o czwartej.