– I teraz co, Bartek ma go karmić i prać mu gacie, bo jemu się nie ułożyło?
Magda mówiła głośniej niż zwykle. Magda zawsze mówiła głośniej, kiedy się bała. Jako dziecko krzyczała, kiedy gasło światło – nie z ciemności, ale dlatego, że nie wiedziała, co jest w ciemności. Teraz też nie wiedziała.
– Magda, ja mu nie bronię i nie każę. To ich sprawa.
– Ich? To jest nasza sprawa. To nasz ojciec, który nas zostawił. I nasza matka, która za niego zapłaciła.
Rozłączyłam się pierwsza, bo czułam, że jeśli powiem jeszcze jedno zdanie, to będzie zdanie, którego potem będę żałować. Nie dlatego, że Magda nie miała racji. Miała. Ale racja Magdy i racja Bartka to były dwie różne racje i obie bolały.
Bartek oddzwonił do Leszka w środę. Wiem to, bo Ola napisała mi SMS-a: “Bartek rozmawiał z ojcem. Powiedział, że może przyjeżdżać w odwiedziny, ale zamieszkać u nas nie może. Leszek się zgodził. Bartek jest smutny.”
Smutny. Mój syn jest smutny, bo odmówił ojcu, który go zostawił. A ja siedzę w pustym salonie po zamknięciu, zamiatam włosy z podłogi i myślę o tym, że Leszek pewnie nie jest zły. Pewnie nie jest nawet rozczarowany.
Pewnie po prostu zadzwoni do kogoś innego albo do nikogo i będzie dalej żył tak, jak żył – lekko, na powierzchni, bez długów wobec ludzi, bo nigdy się nie zatrzymywał dość długo, żeby je zaciągnąć.
A ja mam salon, dwoje dorosłych dzieci, wnuczkę Zosię i dwadzieścia lat wspomnień, w których go nie ma. I jedno wspomnienie z tego tygodnia, w którym jest. I nie wiem, co z nim zrobić.
W piątek Bartek przyjechał do mnie z Zosią. Siedział w kuchni, Zosia buszowała po dywanie w pokoju, a ja robiłam naleśniki, bo naleśniki to jedyna odpowiedź, jaką mam na pytania, na które nie znam odpowiedzi.
– Powiedział, że o nas myślał – odezwał się Bartek. – Że żałuje.
Przewróciłam naleśnika na drugą stronę. Patelnia syknęła.
– Ludzie żałują różnych rzeczy – powiedziałam. – Ważne jest, co z tym żalem robią.
– A co ty byś z nim zrobiła?
Postawiłam talerz przed nim. Dwa naleśniki z serem, jak lubił od dziecka.
– Ja swoje z tym żalem już zrobiłam, synku. Dwadzieścia lat temu.
Zosia zaśmiała się z pokoju – chwyciła pluszowego misia za ucho i ciągnęła go pod stół. Bartek jadł naleśniki i nie patrzył na mnie, a ja stałam przy oknie i patrzyłam na bloki za ulicą. Było już ciemno, ale w oknach paliły się światła. Za każdym oknem ktoś miał swoje pytania bez odpowiedzi.
Leszek nie zadzwonił do mnie. Może kiedyś zadzwoni, a może nie. Nie czekam. Ale jeśli Bartek kiedyś powie, że chce zaprosić ojca na obiad – usiądę przy tym stole. Nie dla Leszka. Dla Bartka. Bo matka to ktoś, kto został i spłacił długi – nie tylko te z banku.