Trzydzieści dwa lata małżeństwa, dwie córki, wspólny kredyt spłacony do ostatniej raty, wakacje nad Bałtykiem, wieczory z krzyżówką, niedzielne obiady u mojej matki. I jemu było przykro.
Przez pierwsze pół roku po jego wyjściu nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chodziłam do pracy w szkole, uczyłam szóstą klasę matematyki, wracałam do pustego mieszkania i siadałam na kanapie. Córki dzwoniły, przyjeżdżały, Marta z Torunia co dwa tygodnie, Ola z Gdańska rzadziej, bo miała małe dziecko. Przywoziły jedzenie, zabierały mnie na spacery, mówiły, że czas leczy. Ja słuchałam i kiwałam głową.
Potem coś się zmieniło. Nie wiem kiedy dokładnie. Może wtedy, kiedy koleżanka Jola z pokoju nauczycielskiego zaciągnęła mnie na kurs ceramiki. Może kiedy kupiłam pierwszą doniczkę i postawiłam ją na parapecie w sypialni – i zobaczyłam, że parapety są teraz moje. Całe. Że mogę postawić na nich co chcę.
Zaczęłam wymieniać rzeczy w mieszkaniu. Powoli, po jednej. Najpierw zasłony. Potem szafka w przedpokoju. Potem obrus na stole w kuchni. Za każdym razem oddychałam głębiej. Za każdym razem ten ciężar na klatce piersiowej stawał się lżejszy. Po roku ustawiłam meble w salonie inaczej i poczułam coś dziwnego – poczułam się u siebie.
A teraz Tadeusz siedział naprzeciwko i mówił. Mówił dużo, szybko, jakby mu się kończyło coś cennego. Że z Moniką to był błąd. Że po roku zaczęli się kłócić. Że ona chciała dziecko, a on nie. Że się rozstali. Że wynajmował kawalerkę na obrzeżach miasta. Że zachorował – nie poważnie, ale na tyle, żeby poleżeć w szpitalu i pomyśleć.
– I co wymyśliłeś? – zapytałam.
Popatrzył na mnie tym wzrokiem, który kiedyś rozbroiłby mnie do cna. Oczy zmęczonego psa.
– Nigdzie mi nie było tak dobrze jak u ciebie – powiedział. – Wiesława, ja wiem, że nie mam prawa prosić. Ale ja bym chciał wrócić. Do domu.
Piłam herbatę. Nie spieszyłam się. Za oknem ktoś kosił trawnik, było słychać równomierne buczenie kosiarki. Na parapecie stała moja doniczka z bazylią, którą wyhodowałam sama od nasionka.
– Tadeusz – zaczęłam. – Ja ci to powiem spokojnie, bo ćwiczyłam to zdanie w głowie od trzech lat.
Wyprostował się.
– Ty odszedłeś, bo ci było nudno – powiedziałam. – Bo trzydzieści dwa lata ze mną to było za mało, żeby wiedzieć, czego chcesz. Poszedłeś do młodszej, ładniejszej, głośniejszej. I to jest twoja sprawa. Masz prawo. Ale ty mnie wtedy nie zapytałeś, czy ja sobie poradzę. Nie zapytałeś, co ja będę robiła sama w tym mieszkaniu po trzydziestu dwóch latach. Powiedziałeś, że ci przykro, i wyszedłeś.
Milczał.