– A ja sobie poradziłam – ciągnęłam. – Nie od razu. Najpierw myślałam, że umieram. Potem myślałam, że umieram, ale wolniej. A potem pewnego dnia wstałam i przestawiłam kanapę. I okazało się, że salon jest większy, niż myślałam. I że lubię ten widok.
Widziałam, jak mu drży podbródek. Nie cieszył mnie ten widok, ale też nie bolał.
– Ty teraz przychodzisz, bo tam ci nie wyszło – powiedziałam. – Nie dlatego, że mnie kochasz. Dlatego, że jestem wygodna. Ja byłam zawsze wygodna – obiad na stole, pranie wyprasowane, rachunki zapłacone. I ty to nazywasz “dobrze”. Że nigdzie ci nie było tak dobrze. Ale ja nie jestem “dobrze”, Tadeusz. Ja jestem człowiek.
Wstał. Krzesło zaskrzypiało o podłogę. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie usłyszał diagnozę.
– Wiesława…
– Nie – powiedziałam. – Nie musisz nic mówić. Ja ci to mówię nie po to, żebyś cierpiał. Mówię ci to, bo przez trzy lata nosiłam to w sobie i mam prawo ci to powiedzieć. A teraz dopij herbatę i idź.
Dopił. Postawił kubek w zlewie – odruchowo, jak dawniej. Założył buty w przedpokoju. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze.
– Przepraszam – powiedział.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale to za mało.
Zamknęłam drzwi. Stałam chwilę w przedpokoju i słuchałam jego kroków na schodach. Cichły powoli, piętro po piętrze.
Potem wróciłam do kuchni. Wałek w farbie, folia na podłodze, radio cichutko grało coś z lat osiemdziesiątych. Zanurzyłam wałek w kuwecie i zaczęłam malować dalej.
Ściana wychodziła równo, gładko, bez smug. Trzecia warstwa kładła się najlepiej.