Kiedy Kamil przyjechał wieczorem z teczką dokumentów, rozłożył wszystko na kuchennym stole. Świadectwo pracy, zaświadczenia, jakieś wydruki, które kadrowa dała mu “na wszelki wypadek”. Patrzyłam na te cyfry i nie rozumiałam.
Stanisław pracował w fabryce od dwudziestu sześciu lat, ostatnie lata jako brygadzista. Co miesiąc przynosił do domu pensję i mówił – tyle dali, więcej się nie da. Ja nie dopytywałam. Prowadziłam swój sklep, zarabiałam swoje, razem jakoś to ciągnęliśmy. Nie żyliśmy bogato, ale się nie skarżyliśmy.
A te wydruki mówiły, że od dwunastego roku Stanisław zarabiał znacznie więcej, niż pokazywał. Nie dwa razy tyle – Kamil trochę przesadził przez telefon – ale różnica była ogromna. Wystarczająco duża, żeby przez czternaście lat uzbierać kwotę, o której nie chcę nawet myśleć.
– Gdzie są te pieniądze? – zapytał Kamil.
Nie wiedziałam. Na naszym wspólnym koncie nie było nic ponad to, czego się spodziewałam. Stanisław miał jakieś swoje konto w innym banku – wiedziałam o nim od lat, tam wpływała jego pensja, potem przelewał na wspólne tyle, ile “zarabiał”. Kamil pojechał do tego banku następnego dnia.
Konto było prawie puste. Regularnie, co miesiąc, wychodziły przelewy. Czternaście lat przelewów na to samo konto. Kamil sprawdził odbiorcę.
Krzysztof Majchrzak. Brat Stanisława.
Krzysztof. Którego nie widziałam od siedmiu lat. Którego Stanisław sam wyrzucił z naszego domu na wigilii dwa tysiące siedemnastego roku, kiedy Krzysztof przyszedł pijany i przewrócił choinkę, a mała Ola – wnuczka – płakała godzinę. Stanisław wtedy powiedział: – Nie przychodź więcej. I ja myślałam, że nie przychodził.
Zadzwoniłam do Kamila.
– Wiedziałeś o tym?
– Nie, mamo. Przysięgam.
Wiedziałam, że mówi prawdę. Kamil od lat nie utrzymywał kontaktu z wujkiem. Nikt z nas nie utrzymywał. Krzysztof pił od dwudziestego roku życia – najpierw weekendowo, potem codziennie. Stracił pracę, żonę, mieszkanie. Stanisław przez lata pomagał mu po cichu, a ja to tolerowałam, dopóki się dało. Ale po tamtej wigilii powiedziałam: dość. Albo ja i wnuki, albo on. I Stanisław wybrał. Przynajmniej tak myślałam.
Pojechałam pod adres, który Kamil znalazł w przelewach. Blok na Gołębiowie, trzecie piętro, obdrapane drzwi z wizytówką “K. Majchrzak”. Otworzyła kobieta – może pięćdziesiąt lat, zmęczona twarz, fartuch kuchenny. Przedstawiła się jako Agata, sąsiadka, która dorabia opiekując się Krzysztofem.
– Pani to Elżbieta? – zapytała. – Stanisław o pani mówił.
Usiadłam na krześle w kuchni Krzysztofa i zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Było czysto. Na lodówce kartka z harmonogramem leków. Na półce pod oknem trzy pudełka z tabletkami, starannie podpisane. Na ścianie kalendarz z zaznaczonymi wizytami lekarskimi. To nie wyglądało jak mieszkanie alkoholika. To wyglądało jak mieszkanie chorego człowieka, którym ktoś się opiekuje.
– Pan Krzysztof jest w szpitalu – powiedziała Agata. – Od dwóch tygodni. Marskość wątroby, wie pani. Stanisław przyjeżdżał co poniedziałek – przywoził jedzenie, zawoził na badania. Płacił za leki, za tę panią, co przychodzi sprzątać, za rachunek za gaz.
Co poniedziałek. Stanisław co poniedziałek mówił, że jedzie na drugą zmianę.
Agata patrzyła na mnie z wyrazem twarzy, który znałam – widziałam go u klientek w sklepie, kiedy opowiadały o swoich mężach. Ten wyraz, który mówi: ja wiem więcej, niż powinnam, ale nie będę oceniać.
– Nie wiedziała pani – stwierdziła.
Nie wiedziałam.
Wróciłam do domu i nie mogłam zasnąć. Nie dlatego, że byłam wściekła. Byłam, oczywiście – przez czternaście lat okłamywał mnie w żywe oczy. Nie mówię o pieniądzach, chociaż te pieniądze bolały – ile razy rezygnowałam z czegoś, bo “nie stać nas”, ile razy łatałam budżet, ile razy odmawiałam sobie sanatorium, bo “może w przyszłym roku”. Ale bardziej bolało to, że nie powiedział.
Bo ja bym pewnie odmówiła. I on o tym wiedział.