Leżałam w ciemności i myślałam o tym, jak Stanisław co poniedziałek wstawał wcześniej, pakował torbę, mówił “lecę na drugą zmianę” i jechał do brata, którego ja wykreśliłam z naszego życia.
Myślałam o tym, że Krzysztof – ten sam Krzysztof, który przewrócił choinkę i przestraszył Olę – leży teraz w szpitalu z marskością i jedynym człowiekiem, który go odwiedzał regularnie, był mój mąż. Który już nie żyje.
Nie pojechałam do Krzysztofa w szpitalu. Nie zadzwoniłam. Nie dlatego, że nie chciałam – ale dlatego, że nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Że jestem zła na niego? Za co? Za to, że choruje? Że jestem zła na Stanisława? Nie mogłam już być na niego zła – mógł mi co najwyżej nie odpowiedzieć.
Tydzień później Agata zadzwoniła, że Krzysztof chciałby mnie widzieć. Że prosił. Że powiedział: “Elżbieta nie musi przychodzić, ale niech wie, że Staszek jej nie zdradził”.
Jakby to była zdrada, o którą się martwił.
Pojechałam. Krzysztof leżał żółty, chudy, z rurkami w nosie. Wyglądał jak stary człowiek, a był młodszy od Stanisława o cztery lata. Powiedział jedno zdanie, które zapamiętam do końca życia:
– Staszek mówił, że woli, żebyś myślała, że zarabia mało, niż żebyś wiedziała, że on pomaga komuś, kogo nie chcesz znać.
Nie odpowiedziałam. Pogłaskałam go po ręce – kościstej, żółtej, obcej – i wyszłam. W windzie zaczęłam płakać. Nie z żalu, nie ze złości. Z czegoś, na co nie mam słowa. Może z tego, że mój mąż znał mnie lepiej, niż chciałabym przyznać.
Dzisiaj minęły trzy miesiące. Kamil prowadzi papiery spadkowe, Krzysztof jest z powrotem w domu – Agata nadal przychodzi, ja za nią płacę. Nie wiem, dlaczego to robię. A może wiem – ale nie chcę jeszcze o tym mówić głośno.