Mąż umarł w czerwcu. Syn chciał zachować zdjęcia z jego telefonu i pokazał mi galerię. Były tam setki fotografii morza w Mielnie – z każdego roku, zawsze we wrześniu. Mnie nad morze zabrał raz, na naszą podróż poślubną
Wiesław był kierowcą. Przez dwadzieścia osiem lat jeździł tirem po Polsce i Niemczech, potem, kiedy kręgosłup odmówił posłuszeństwa, przesiadł się na busa i rozwoził paczki po Płocku i okolicach.
Człowiek drogi. Zawsze w trasie, zawsze gdzieś jechał. Kiedy mówił, że ma kurs we wrześniu – nie pytałam dokąd. Ja miałam swój zakład krawiecki, zamówienia na jesień, przeszycia płaszczy, skracanie spodni. Każdy miał swoje.
Ale trzysta zdjęć morza w Mielnie, z każdego roku, zawsze we wrześniu. Mnie nad morze zabrał raz.
Po wyjeździe Bartka zaczęłam szukać. Nie wiem nawet, czego szukałam. Dowodów? Na co? Wiesław nie żył, żadna prawda nie mogła już niczego zmienić. A jednak otwierałam szuflady, przeglądałam kieszenie jego kurtek, zaglądałam do pudełka z dokumentami, które trzymał na górnej półce szafy.
W kieszeni jego granatowej kurtki – tej od jesiennych spacerów – znalazłam paragon. Wyblakły, ledwo czytelny. Restauracja rybna, Mielno. Dwa zestawy obiadowe. Data: wrzesień dwa tysiące dwudziestego drugiego.
Dwa zestawy.
Usiadłam na podłodze sypialni z tym paragonem w dłoni i próbowałam oddychać spokojnie. Trzydzieści pięć lat. Dwa zestawy obiadowe. To mogło znaczyć wszystko albo nic. Mógł jeść z kolegą, z przypadkowym znajomym. Ludzie jedzą razem, to normalne.
Ale ludzie nie jeżdżą co roku w to samo miejsce i nie robią setek zdjęć morza. Chyba że to miejsce coś dla nich znaczy. Albo ktoś.
Zadzwoniłam do Kryśki. Kryśka to moja siostra, młodsza o cztery lata, mieszka w Radomiu. Jedyna osoba, której mogłam powiedzieć, bo Kryśka nie ocenia – Kryśka słucha i nalewa herbaty, nawet przez telefon.
– A może on tam jeździł sam? – powiedziała po dłuższej chwili. – Wiesiek nie był romantykiem, ale może to Mielno coś dla niego znaczyło? Byliście tam na podróży poślubnej, no nie?
– Właśnie o tym mówię. Zabrał mnie raz. A potem jeździł sam. Albo nie sam.
– Danuta, posłuchaj. Możesz teraz przeszukać całe mieszkanie, każdą kieszeń, każdy rachunek. I albo znajdziesz coś, czego nie chcesz znaleźć, albo nie znajdziesz nic i dalej nie będziesz wiedziała. Pytanie, z czym ci łatwiej żyć.
Kryśka miała rację. Jak zwykle miała rację w ten swój spokojny, radomski sposób.
Ale ja nie umiałam przestać szukać.
W pudełku na szafie, między starymi dowodami rejestracyjnymi i polisami, znalazłam breloczek. Mały, drewniany, w kształcie muszelki. Z jednej strony ktoś wypalił napis: “Mielno 2018”. Z drugiej – nic. Żadnych inicjałów, żadnego serca, żadnego “my”. Tylko muszelka i data.
Trzymałam go na dłoni i patrzyłam na ten głupi breloczek, jakby mógł mi odpowiedzieć. Na straganach nad morzem sprzedają takie za pięć złotych. Kupuje się je dla siebie, dla dziecka, dla kogoś bliskiego. Ale też kupuje się je po prostu – bo są, bo morze, bo wakacje.