Zadzwoniłam do Marty wieczorem. Nie chciałam jej niepokoić, ale nie umiałam nosić tego sama.
– Mamo, może to jakaś daleka krewna taty? – powiedziała Marta takim głosem, jakim mówi się do dziecka, które boi się burzy.
– Twój ojciec nie miał dalekiej rodziny. Miał brata w Białymstoku i ciotkę, która umarła w dwa tysiące dziesiątym. To wszystko.
– To może ktoś z pracy?
Henryk pracował jako elektryk w zakładach energetycznych. Przez trzydzieści pięć lat znałam wszystkich jego kolegów z imienia i nazwiska. Żadnej Lucyny wśród nich nie było.
Przez trzy dni nosiłam w sobie to nazwisko jak kamień w bucie. Chodziłam do sklepu, podlewałam kwiaty na balkonie, oglądałam telewizję bez dźwięku. A w głowie cały czas to samo: pięćdziesiąt sześć tysięcy. Sześć lat temu ustanowiona dyspozycja. Kto to jest.
W końcu zadzwoniłam pod ten numer. Odebrała po czwartym sygnale.
– Słucham?
Głos kobiety mniej więcej w moim wieku. Spokojny, trochę zmęczony.
– Dzień dobry, mówi Danuta Kowalska. Byłam żoną Henryka Kowalskiego.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak kobieta po drugiej stronie wciąga powietrze.
– Pani Danuto – powiedziała w końcu. – Przepraszam. Bardzo przepraszam. Henryk mówił, że to załatwi inaczej, że pani nie będzie musiała…
– Co załatwi? Kim pani jest?
Znów cisza.
– Czy mogłybyśmy się spotkać?
Spotkałyśmy się dwa dni później w kawiarni na Krakowskim Przedmieściu. Lucyna Maj miała sześćdziesiąt lat, siwiejące włosy ścięte krótko i oczy, w których zobaczyłam coś, co mnie zaskoczyło – nie wstyd, nie strach, ale rodzaj zmęczonej ulgi. Jakby czekała na tę rozmowę od lat.
Nie była kochanką Henryka. To powiedziała od razu, zanim zdążyłam zapytać.
– Henryk i ja znaliśmy się bardzo krótko. Jeden miesiąc, latem osiemdziesiątego dziewiątego roku. Zanim was poznał.
Osiemdziesiąty dziewiąty. Rok przed naszym ślubem.
– Zaszłam w ciążę. Henryk się dowiedział, kiedy Damian miał już trzy lata. Przyszłam do niego do pracy, bo nie miałam innego wyjścia. Potrzebowałam pomocy.
Damian. Henryk miał syna, o którym nie wiedziałam.