Miesiąc po pogrzebie poszłam pozamykać nasze rachunki. Urzędniczka wyczytała po kolei: konto, dwie lokaty i wkład – pięćdziesiąt sześć tysięcy z dyspozycją na wypadek śmierci, wypłacony w zeszłym tygodniu. Dyspozycja była nie na mnie.
Urzędniczka w banku miała może trzydzieści lat i idealnie wyprostowane włosy. Czytała z ekranu spokojnym, wyćwiczonym głosem, jakby odczytywała listę zakupów, a nie rozbierała moje życie na części.
– Konto osobiste, saldo dwieście czternaście złotych. Lokata roczna, wygasła w lutym, nieprzedłużona. Lokata trzymiesięczna, aktywna, cztery tysiące. I wkład oszczędnościowy z dyspozycją na wypadek śmierci – pięćdziesiąt sześć tysięcy złotych, wypłacony dwudziestego trzeciego lipca.
Zamrugałam.
– Przepraszam, wypłacony?
– Tak. Dyspozycja została zrealizowana na rzecz osoby uprawnionej.
– Jakiej osoby? Ja jestem żoną. Byłam żoną.
Dziewczyna odwróciła ekran lekko w moją stronę, jakby to miało pomóc. Nie pomogło. Widziałam tabelkę, cyfry, jakieś nazwisko.
– Pani Lucyna Maj – przeczytała. – Dyspozycja została ustanowiona w dwa tysiące osiemnastym roku.
Lucyna Maj. Powtórzyłam to imię w głowie trzy razy, szukając czegokolwiek. Koleżanka z pracy? Sąsiadka? Ktoś z rodziny, o kim zapomniałam? Nic.
Wyszłam z banku z plastikową teczką, w której leżały trzy kartki do podpisania i wydruk historii rachunku. Był koniec lipca, Lublin parował od upału, ludzie jedli lody na ławkach, a ja stałam na chodniku przed placówką i nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie zaparkowałam samochód.
Henryk umarł dwudziestego piątego czerwca. Rak płuc, zdiagnozowany za późno, jak to zwykle bywa u mężczyzn, którzy do lekarza chodzą dopiero wtedy, kiedy nie mogą wstać z łóżka. Trzydzieści dwa lata małżeństwa.
Dwoje dzieci – Marta w Krakowie, Paweł w Gdańsku. Oboje przyjechali na pogrzeb, pomogli z formalnościami, potem wrócili do swoich życ. Ja zostałam z mieszkaniem, w którym wszystko pachniało jeszcze Henrykiem.
Przez miesiąc robiłam to, co się robi. Odwoływałam wizyty lekarskie, które były już niepotrzebne. Zgłaszałam do ZUS-u, do urzędu skarbowego, do spółdzielni. Wyrzucałam leki z szafki w łazience. Każdego dnia jeden mały krok – bo duże kroki były nie do zrobienia.
Bank miał być kolejnym takim krokiem. Zamknąć rachunki, przenieść co trzeba, złożyć papiery spadkowe. Rutyna żałoby.
Lucyna Maj.
W domu otworzyłam laptopa Henryka. Znałam hasło – przez lata używał tego samego, złożonego z daty urodzin Marty i numeru naszego mieszkania. Nigdy nie miałam powodu sprawdzać. Teraz miałam.
W skrzynce mailowej nie znalazłam nic. Henryk nie był człowiekiem od maili – ledwo umiał wysłać zdjęcie. Ale w kontaktach telefonu, który leżał w szufladzie od pogrzebu, była “L. Maj” – bez zdjęcia, z lubelskim numerem.