Za szybą wiatr ruszał gałęziami jabłoni. W sadzie tłukła się luźna blacha. Na krześle obok leżał mój stary telefon, ten sam, którego tak się wstydzili.
Nagle wydał mi się piękniejszy od ich wszystkich błyszczących sprzętów.
— Tak — odpowiedziałam. — Do końca.
Jeszcze tego samego dnia Leon wyciągnął z szopy swój stary samochód, wyszarzałą Skodę, której drzwi domykały się z metalicznym trzaskiem.
Pojechaliśmy do miasta.
W drodze ręce trzęsły mi się tak mocno, że musiałam przyciskać je do kolan. Nie z lęku. Z gniewu, który wreszcie znalazł sobie miejsce.
Na komendzie przyjął nas młody funkcjonariusz z twarzą tak gładką, że mógłby być wnukiem Leona. Mówiłam spokojnie. O chorobie. O papierach podsuniętych do podpisu. O kredycie. O wywiezieniu mnie na wieś. O nagraniu.
Kiedy Leon położył przed nim pendrive z kopiami plików i podyktował numer rejestracyjny SUV-a, chłopak przestał wyglądać jak zmęczony urzędnik. Spoważniał.
— To nagranie bardzo dużo zmienia — powiedział.
— Ja wiem — odparłam. — Mnie też zmieniło.
Potem był przychodnia, archiwum, dokumentacja z listopada.
Lekarz rodzinny pamiętał tamten miesiąc.
Wysoka gorączka, silne leki, odwodnienie, osłabienie, zaburzenia koncentracji. Wszystko zostało zapisane. Mikołaj niemal usłyszałam, jak przez telefon oddycha z ulgą.
— Pani Zofio, oni są skończeni, jeśli sąd uzna, że wykorzystali pani stan.
Ale dla mnie nie chodziło już o to, żeby byli skończeni.
Chodziło o to, żeby ja wreszcie przestała być niczyją własnością.
Po południu Wiktor zaczął dzwonić.
Raz.
Drugi.
Dziesiąty.
Nie odbierałam.
Potem napisał wiadomość na mój stary numer, bo najwyraźniej przypomniał sobie, że go jednak znam.
„Mamo, co ty wyprawiasz?”
„Po co blokujesz karty?”
„Krystyna jest w ciąży.”
„Zadzwoń natychmiast.”
Za każdym razem patrzyłam na ekran i odkładałam telefon.
Wieczorem przyszła kolejna wiadomość.
„To przez ciebie bank straszy mieszkaniem?”
„Przecież wszystko robiliśmy dla rodziny.”
Siedziałam wtedy u Leona, na drewnianym krześle, w skarpetkach suszących się przy piecu.
Przeczytałam tę wiadomość dwa razy.
Dla rodziny.
Jakie proste potrafią być słowa, kiedy człowiek chce nimi zasłonić największe świństwo.
Mikołaj oddzwonił późno.
— Mam jeszcze jedną informację. Pieniądze z kredytu poszły niemal od razu na konto wykonawcy remontu, salonu z armaturą i dealera samochodowego. Część rozeszła się na raty za wyposażenie. Wszystko jest do prześledzenia.
— Czyli nie mieli zamiaru niczego spłacać — powiedziałam.
— Mieli zamiar, żeby pani płaciła. Albo żeby bank zabrał mieszkanie, kiedy będzie już za późno. A wtedy opowiedzieliby wszystkim, że się pani pogubiła.
Zamknęłam oczy.
I właśnie wtedy po raz ostatni poczułam żal.
Nie do nich.
Do siebie dawnej. Do tej kobiety, która latami uważała, że miłość matki musi być bezgraniczna, choćby miała człowieka obedrzeć ze skóry.
Następnego poranka Wiktor przyjechał na wieś.
Był wściekły, ale pod tą wściekłością aż drżał od strachu.
Przywiózł ze sobą Krystynę. Bez okularów wyglądała gorzej niż zwykle. Blada, zaciśnięta, jakby przez noc postarzono ją o dziesięć lat. Samochód zatrzymał się z piskiem przy płocie Leona.
Wyszłam na ganek.
Nie do tej zgniłej chałupy.
Do domu Leona.
To był drobiazg, ale dał mi dziwną siłę.
Wiktor podbiegł pierwszy.
— Mamo, zwariowałaś? Co ty narobiłaś?!
— Dzień dobry — powiedziałam spokojnie.
On aż zamarł.
Nie spodziewał się spokoju. Liczył na łzy. Na błaganie. Na chaos. Na to, że będę tłumaczyć, że się boję, że nie zrozumiałam.
Krystyna chwyciła się za brzuch.
— Pani Zofio, po co te dramaty? Można było normalnie porozmawiać.
Leon wyszedł za mną i oparł się o framugę.
— O czym? — spytał sucho. — O tym, jak wyrzuca się starą kobietę do rudery, żeby nie dotarła do miasta przed komornikiem?
Krystyna pobladła.
Wiktor spojrzał na niego z nienawiścią.
— A pan się nie wtrąca.
— Za późno — powiedział Leon. — Już się wtrąciłem.