Pojawiła się Lucie z małą latarką, która ledwo oświetlała pokój.
„Panie Alexandre? Wszystko w porządku?”
Przełknął ślinę z trudem.
To nie ciemność go przerażała.
To myśl o samotności.
Lucie usiadła obok niego i, niewiele mówiąc, wzięła go za rękę.
„Jestem tutaj. Nie martw się”.
Ta mała, ciepła, mocna dłoń zrobiła dla jego serca więcej niż wszystkie zabiegi świata.
Tej nocy, po raz pierwszy od lat, Alexandre poczuł spokój.
Mijały tygodnie.
A to, co zaczęło się jako okrutne doświadczenie, stopniowo przerodziło się w potępienie dla jego sumienia.
Bo Lucie nie tylko została.
Naprawdę została.
Pewnej nocy, gdy delikatnie ocierała mu czoło chłodną szmatką, Alexandre zadał jej pytanie, które od dni trzymał w sercu.
„Lucie… gdybym została tak na zawsze, czy żałowałabyś tego?”
Spojrzała na niego z rozbrajającą czułością.
„Nie”. Kiedy troszczysz się o kogoś całym sercem, nigdy tak naprawdę nie tracisz. A poza tym… wszyscy potrzebujemy siebie nawzajem prędzej czy później.
Jej odpowiedź przeszyła go do głębi.
Od tamtej pory się zmienił.
Spytał ją, czy jadła.
Poprosił ją, żeby trochę odpoczęła.