„Przepraszam pana. Zaraz to naprawię”.
„Proszę zaczekać, zmienię panu poduszkę”.
„Zrobię panu drugą miskę zupy”.
„Zrobię trochę chłodniejszą wodę”.
Jej cierpliwość była tak nieskazitelna, że w końcu bolała.
Bo im bardziej ją testował, tym bardziej stawało się oczywiste, że nie ma w tym ukrytych intencji.
Pewnego popołudnia Lucie przygotowała mu kąpiel.
Łazienka wypełniła się parą, unosząc delikatny zapach neutralnego mydła i rozmarynu. Alexandre, siedząc na siedzisku, które postawiła obok wanny, poczuł niespodziewany ucisk wstydu w gardle.
Lucie ostrożnie zwilżyła gąbkę, bez skrępowania, bez nieuzasadnionej ciekawości, bez niecierpliwości. Jakby troszczyła się o niego nie z obowiązku, lecz z pobudek humanitarnych.
„Nie czujesz obrzydzenia?” – zapytał nagle ciszej niż zwykle.
Uniosła wzrok, zaskoczona.
„Nie czujesz obrzydzenia? Nie, proszę pana. Jesteś człowiekiem, a nie ciężarem”.
Odwrócił twarz, bo coś paliło go za powiekami.
Z czasem zaczął dostrzegać szczegóły, które kiedyś wydawały mu się nieistotne.
Sposób, w jaki Lucie lekko przygryzała wargę, gdy się martwiła.
Sposób, w jaki nuciła stare piosenki Edith Piaf, przygotowując posiłki.
To, jak zasypiała, siedząc przy drzwiach, kiedy on udawał gorączkę, a ona upierała się, żeby nie spać do późna.
Pewnej nocy nad Paryżem rozpętała się burza.
Wiatr walił w duże okna, gałęzie drzew kołysały cieniami w ogrodzie i nagle cały dom pogrążył się w ciemności.
Cisza stała się straszna.