„Nigdy mnie nie źle traktowałeś. Nigdy mnie nie upokorzyłeś, jak tylu innych szefów”.
Kiedy moja matka potrzebowała operacji, pożyczyłeś mi pieniądze, nawet nie prosząc. Kiedy mój siostrzeniec potrzebował przyborów szkolnych, pomogłeś. Nie zapomnę tego.
Alexandre milczał.
Zrobiła kolejny krok.
„A poza tym… człowiek nie traci swojej wartości tylko dlatego, że został ranny”.
Te słowa spadły na niego jak delikatne ciepło w środku zimy.
Od tego dnia Lucie stała się jego dłońmi, jego krokami… i, nieświadomie, schronieniem jego duszy.
Każdego ranka odsłaniała zasłony w sypialni, żeby wpuścić światło.
„Proszę spojrzeć, jakie czyste jest dziś niebo, panie Alexandre. Powietrze dobrze panu zrobi. Moglibyśmy wyjść na chwilę na balkon”.
Ostrożnie pchała wózek inwalidzki, unikając najmniejszego wstrząsu. Przykrywała mu nogi lekkim kocem i przynosiła parującą kawę, gdy poranne powietrze stawało się bardziej rześkie.
Przyrządzała mu kremową zupę, gdy czuła, że jest przygnębiony.
Lekki rosół, gdy twierdził, że nie jest głodny.
Czytała mu gazetę cicho, żeby go rozproszyć.
Wycierała mu dłonie z czułością, jakiej nigdy nie pamiętał.
Na początku Alexandre był zimny.
„Zupa jest za słona”.
„Poduszka jest źle ułożona”.
„Spóźniłeś się”.
„Woda jest za gorąca”.
Ale Lucie nigdy nie odpowiedziała gniewnie.