W środku coś powoli pękało.
W miarę jak zapadała noc, w rezydencji znów zapadła cisza.
Wysokie obcasy, wymuszony śmiech, drogie perfumy i puste obietnice zniknęły. Pozostało jedynie echo pustki w długich korytarzach i ciepłe wieczorne światło, spływające po witrażach holu wejściowego.
Wtedy właśnie się pojawiła.
Nazywała się Lucie Bernard.
Była dyskretną młodą kobietą z Aveyron, która pracowała w tym domu od prawie dwóch lat. Nie była ani głośna, ani ekstrawagancka. Mówiła cicho, chodziła z umiarem i zawsze nosiła włosy prosto. Jej dłonie pachniały mydłem, cynamonem i jeszcze ciepłym chlebem.
Kiedy weszła do salonu i zobaczyła Alexandre’a samego, nieruchomego przed wysokimi oknami, poczuła ukłucie w sercu.
„Panie Alexandre” – powiedziała cicho – „wszyscy wyszli. Czy mam przygotować coś dla pana na kolację?”
Alexandre spojrzał na nią surowo. Nadal odgrywał swoją rolę.
„Ty też odejdź, Lucie. Nie mam już środków na luksusy ani niepotrzebne obciążenia. Nie potrzebuję niczyjej litości”.
Spojrzała na niego bez urazy.
„To nie litość, proszę pana. I nie odchodzę”.
„Dlaczego nie?” zapytał ostro. „Wszyscy rozumieją, że jestem tylko złamanym człowiekiem”.
Lucie powoli pokręciła głową.