W czasopismach towarzyskich huczało od tego. Programy rozrywkowe szydziły z niej z drwinami.
Kobiety, które kiedyś bywały w kamienicy, znów zaczęły szeptać między lunchami, salonami piękności i prywatnymi przyjęciami.
„Lucie? Ta dziewczyna z Aveyron?”
„Musiała go unieruchomić swoim współczuciem”.
„Jakie to wygodne”.
„Można sobie wyobrazić, że czegoś szuka”.
Ale Lucie udawała, że nie słyszy.
Pozostała taka sama.
Wstawała wcześnie, doglądała domu, wybierała proste kwiaty do małej kapliczki, dbała o to, żeby Alexandre czuł się komfortowo, a wieczorem zostawała przy nim, rozmawiając o zwykłych rzeczach: deszczu na wzgórzach jego dzieciństwa, tartach pieczonych przez babcię w niedziele, chłodnych porankach w jego wiosce, jego cichym marzeniu o spokojnym życiu.
A Alexandre, coraz bardziej zakochany i coraz bardziej winny, słuchał jej w milczeniu.
Czasami naciągała mu koc na nogi i pytała cicho:
„Boli cię dzisiaj?”
Odpowiedziałby, że nie.
Ale ból, który nosił w sobie, nie był w jego ciele.
Był w jego sercu.
Bo Lucie zbudowała swoją miłość na kłamstwie.
Pewnej nocy, gdy cały dom spał, Alexandre wstał z fotela, podszedł do okna sypialni i spojrzał na odległe światła Paryża.
„Nie mogę tak dłużej” – mruknął. „Ale nie mogę jej też stracić”.