Po raz pierwszy w życiu najpotężniejszy mężczyzna w jego otoczeniu się bał. Nie bał się ruiny. Nie bał się ośmieszenia. Nie bał się gazet.
Obawiał się, że prawda zniszczy jedyną prawdę, jaką kiedykolwiek otrzymał.
Dni mijały, aż w końcu nadszedł poranek ślubu.
Ceremonia miała się odbyć w starym kościele w Saint-Germain-des-Prés, z jego grubymi kamieniami, uroczystymi dzwonami i tym cichym spokojem, który sprawiał wrażenie, jakby same ściany skrywały tajemnice dusz.
Od wczesnego rana zewsząd przybywali goście.
Liderzy biznesu.
Postacie polityczne.
Zamożne rodziny.
Eleganckie kobiety, które kiedyś go odtrąciły, a teraz obserwowały go z mieszaniną ciekawości, żalu i tłumionej urazy.
Alexander przybył na wózku inwalidzkim, nienagannie ubrany w ciemny garnitur.
Jego twarz była spokojna.
W środku panował zamęt.
Potem pojawiła się Lucie.
Miała na sobie prostą białą sukienkę, bezpretensjonalną, o miękkim drapowaniu, które rozświetlało jej twarz. Nie wyglądała na kobietę wkraczającą w obcy świat. Wyglądała jak coś jeszcze głębszego: czysta obietnica, dobroć, która stała się ciałem.
Kiedy ich oczy się spotkały, Alexandre poczuł, jak jego dusza się zaciska.
Podeszła powoli, położyła dłonie na podłokietnikach wózka inwalidzkiego i zapytała bardzo cicho:
„Jesteś gotowy?”