Najpierw ledwo się wyprostował.
Potem postawił stopy na podłodze.
A w końcu, na oczach wszystkich, wstał.
W kościele rozległ się zbiorowy okrzyk.
Kobieta upuściła torbę.
Inna zakryła usta dłońmi.
Ktoś krzyknął.
Rozległ się szmer niczym wzburzona fala.
„To niemożliwe!”
„On idzie!”
„Oszukał nas wszystkich!”
„Mój Boże!”
Aleksander zrobił krok.
Potem kolejny.
Potem kolejny.
Szedł, aż stanął przed Łucją.
Była blada.
Miała szeroko otwarte oczy.
Zdyszała się.
„Aleksandrze…?” wyszeptała, nie mogąc rozróżnić, czy doświadcza cudu, czy koszmaru.
Potem uklęknął przed nią.
Nie na pokaz.
Nie z dumy.