Część 1:
Myślałam, że ciąża będzie najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek będę musiała przetrwać. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że ta najsamotniejsza część zacznie się, zanim jeszcze urodzi się moja córka.
Patrząc wstecz, żałuję, że nie zrozumiałam dużo wcześniej, że coś w moim małżeństwie poszło strasznie nie tak.
Zegar na stoliku nocnym wskazywał 2:47. Spałam nie dłużej niż dwadzieścia minut bez przerwy. Plecy bolały mnie nieustannie, jakby ktoś wbił mi cegłę pod kręgosłup, a dziecko kopało mnie mocno pod żebrami.
Byłam w trzydziestym czwartym tygodniu ciąży i moje ciało przestało do mnie należeć.
Przewróciłam się na lewy bok, potem na prawy. Usiadłam, położyłam się z powrotem, poprawiłam poduszkę ciążową i wstałam, żeby skorzystać z łazienki, po raz, który wydawał się setny. Nasze mieszkanie było małe, z jedną sypialnią na trzecim piętrze, takie, gdzie nawet ciche kroki wydawały się zbyt głośne.
Obok mnie mój mąż Ryan westchnął dramatycznie i naciągnął poduszkę na głowę.
Przypomniałam sobie pierwsze miesiące, kiedy masował mi stopy, przynosił herbatę imbirową i śmiał się, że nasze dziecko już nam rozkazuje. Ta jego wersja wydawała mi się kimś, kogo tylko sobie wyobrażałam.
Odkąd zaczęłam urlop macierzyński, Ryan się zmienił. Narzekał na rachunki za prąd, moje zachcianki, moje opakowania po przekąskach, a przede wszystkim na to, jak się poruszam w nocy.
Dwie noce wcześniej warknął:
„Przewracasz się z boku na bok od godziny”.
„Przepraszam” – wyszeptałam. „Po prostu nie mogę się wygodnie ułożyć”.
„No to pomyśl. Niektórzy z nas idą rano do pracy”.
Przełknęłam ślinę. Lekarz już mnie ostrzegł, że ciśnienie mi rośnie i że brak snu może być niebezpieczny. Nie powiedziałam Ryanowi. Gdybym mu powiedziała, już bym słyszała jego zirytowane westchnienie.
O 2:55 nad ranem leżałam zupełnie nieruchomo, wpatrując się w wentylator sufitowy i starając się nie oddychać zbyt głośno. Dziecko znów mocno kopnęło, a ja wciągnęłam powietrze.
Ryan poruszył się obok mnie. Poczułam, jak materac pod nim się zaciska.
„Proszę” – wyszeptałam do siebie. „Proszę, pozwól mi po prostu spać”.
Dokładnie o 3:04 nad ranem Ryan nagle usiadł, jakby został zaatakowany.
Zamarłam, jedną ręką trzymając się brzucha, a drugą poduszki pod biodrem.
„Przepraszam” – powiedziałam szybko. „Dziecko kopie, a moje plecy…”
Przerwał mi beznamiętnym, wyczerpanym spojrzeniem.
„To śpij gdzie indziej”.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, sięgnął do lady, chwycił moje kluczyki do samochodu i rzucił je na koc.
„Masz rozkładane fotele”.
Wpatrywałam się w niego.
„Ryan… Jestem w ósmym miesiącu ciąży”.
„I co z tego?” mruknął, pocierając oczy. „Płacę czynsz. Muszę spać, bo pracuję. Jesteś na urlopie macierzyńskim. Spanie w samochodzie przez kilka tygodni cię nie zabije”.
No i stało się.
Płacę czynsz.